sobota, 1 listopada 2014

Rozdział 4 ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony

Rozdział 4. " Szósta klasa. Bardzo zła wiadomość"


Kontynuacja poprzedniego opowiadania. Mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba :) Życzę miłego czytania. 

Szósta klasa.
      Siedziałam na jednej z małych plaży nad jeziorem. Na błoniach nie było wielu uczniów. Słyszałam nawoływanie mojej najlepszej przyjaciółki, Alison, ale nie reagowałam. Chciałam być sama. Rok szkolny trwał już dwa miesiące. Można powiedzieć, że rok jak każdy inny, ale zauważyłam, że jest coś nie tak. Profesorowie, kiedy pytałam się ich o to, czy coś nam grozi, zawsze mnie zbywali.
   Kiedy na koniec piątej klasy przyjechaliśmy na peron 9 i 3/4, Josh i Eric zapewniali mnie i Ali, że podczas wakacji będą do nas pisać i prawdopodobnie się spotkamy. Niestety w pierwszym tygodniu wakacji kontakt się urwał. Razem z Ali byłyśmy zaniepokojone. Przyjechała nawet do mnie, żeby nie pisać do siebie długich listów. Miałyśmy nadzieję spotkać chłopaków w pociągu, pierwszego września, ale nie było ich tam. Wiedziałam, że dzieje się coś złego. 
   Mój wujek, brat taty, zaczął się dziwnie zachowywać, kilka dni po urwaniu kontaktu z bliźniakami. Mama i tato nic mi nie chcieli mówić. Luck też milczał, chociaż był najbliżej mnie podczas wakacji. Żałowałam, że mój brat już nie chodzi ze mną do szkoły. W tym roku zaczął pracę w Ministerstwie Magii jako auror. Bardzo się o niego bałam.
   Kiedy tak siedziałam, usłyszałam za sobą szelest liści. Odwróciłam się gwałtownie. Przyglądał mi się jakiś chłopak. Siedział w cieniu drzew. Miał jasno - brązowe włosy i miodowe oczy. Twarz miał oszpeconą bliznami, ale mimo tego był dość przystojny. Uśmiechnął się do mnie blado i dopiero wtedy go poznałam, to był Remus Lupin. Jeden z Huncwotów (ten najgrzeczniejszy).
- Czemu siedzisz w krzakach? - zapytałam. Wzruszył ramionami. Nigdy nie był zbyt rozmowny. 
- Nie chciałem Ci przeszkadzać - powiedział. Miał bardzo przyjemny głos. Podszedł do mnie i usiadł obok. Na szacie połyskiwała odznaka prefekta. Popatrzył na mnie z powagą. Czułam jak jego wzrok zagląda w moją duszę. Nigdy nie zauważyłam, że miał takie ładne oczy. - Czemu mi się tak przyglądasz?
- Zastanawiam się czemu jesteś taka smutna - odpowiedział. Westchnęłam, nie miałam ochoty nikomu mówić co się dzieje, ale chłopak nie przestawał na mnie patrzeć.
- A ty byś nie był, gdyby twoi przyjaciele zaginęli bez żadnej wiadomości? - powiedziałam w końcu. Remus pokiwał ze zrozumieniem głową. Odwrócił wzrok. Wydawało mi się, że zrozumiał. Siedzieliśmy przez dłuższy czas w ciszy. Wpatrywałam się w gwiazdy. Chłopak co jakiś czas rzucał płaskim kamieniem o taflę wody robiąc kaczki. Nie było zimno więc było przyjemnie. Na błoniach uczniowie co jakiś czas wybuchali śmiechem. Ali dała sobie spokój z szukaniem mnie i poszła do zamku.
- Boisz się, że dzieje się coś złego, a nikt nie chce Ci powiedzieć co to takiego, prawda? - zapytał w pewnym momencie Remus. Popatrzyłam na niego przerażona. Wydawało mi się, że chłopak potrafi czytać w myślach. Powiedziałam mu o dziwnym zachowaniu mojego wujka i milczeniu rodziców. Pokiwał głową.
- Profesorowie też milczą - dodałam. - Tak jakby zniknięcie dwóch uczniów było czymś normalnym.
- Twój brat też nic nie wie? - zapytał. - Jest aurorem, prawda?
- Jest na jakiejś misji - odpowiedziałam. - Skąd wiesz, że pracuje w Ministerstwie?
- Świat jest mały - zaśmiał się chłopak z tajemniczym uśmiechem.
- Jesteś bardzo tajemniczy - powiedziałam.
- Podobno tak jest - odpowiedział. Lepiej już chodźmy, zaraz kolacja. Nie wybada się spóźnić.
- Tak, masz rację - stwierdziłam. Chłopak wstał pierwszy i podał mi rękę.
   W Wielkiej Sali było tłoczno. W tłumie wypatrzyłam Alison, siedział przy stole z Lily i Cornelią. Obok nich siedzieli pozostali Huncwoci. James był wniebowzięty, ponieważ Lily od jakiegoś tygodnia była jego dziewczyną (wreszcie zauważyła, że on ją naprawdę kocha).
- Szukałam Cię! - krzyknęła na mnie Ali. Miała obrażoną minę.
- Przepraszam - powiedziałam. - Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać.
Ali popatrzyła na mnie, potem na Remusa i znowu na mnie. Wzruszyłam ramionami i usiadłam między Cornelią i Remusem. Oczywiście dyrektor nie powiedział nic na temat jakiegokolwiek zagrożenia. Po kolacji poszliśmy do pokoju wspólnego. Huncwoci zrobili rozróbę, jak zwykle. Razem z dziewczynami usiadłyśmy przy kominku. Opowiedziałam im, dlaczego przyszłam z Remusem. Oczywiście nie uwierzyły. Dlaczego w tym wieku większość osób ma takie dziwne myśli?
   Poszłam bardzo wcześnie spać. Śniło mi się, że spaceruję po Zakazanym Lesie z jakimś chłopakiem. Najpierw myślałam, że to Josh, potem stwierdziłam, że to Eric. Na końcu chłopak okazał się Lupinem. Nie pamiętam końca snu, ale jestem przekonana, że ktoś zginął.
   Na lekcjach udawałam, że słucham, ale tak naprawdę nie miałam pojęcia o czym nauczyciele mówią. Po zajęciach wyszłam na błonia. Było rześko. Pogoda zaczęła się zmieniać. Poszłam w moje ulubione miejsce, tam gdzie wczoraj siedziałam nikt nie przychodził, no chyba, że Remus znowu będzie chciał ze mną porozmawiać.
   Położyłam się na piasku. Powietrze było wilgotne. Zamknęłam oczy, chyba zasnęłam.
- Lucy - usłyszałam nad sobą czyjś głos. Myślałam, że to Remus przyszedł na plażę, ale kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam nieznajomego chłopaka, przynajmniej na początku wydawał mi się nieznajomy. Miał blond włosy. Odetchnęłam, kiedy spojrzałam mu w oczy.
- Josh? - zapytałam. Odetchnął, kiedy to powiedziałam.
- Bałem się, że mnie nie poznasz - powiedział. Rozglądał się nie spokojnie.
- Co się dzieje? - zapytałam. - Czemu nie chodzicie do szkoły? Gdzie jest Eric? - teraz zauważyłam nieobecność drugiego brata. Josh milczał. Widziałam, że bije się z myślami. W pewnym momencie upadł na kolana, na piasek i ukrył twarz w dłoniach. Położyłam mu dłoń na ramieniu. Trząsł się, wiedziałam, że nie z zimna.
- On - zająknął się. Płakał. - On... nie żyje. Śmierć...  Śmierciożercy wpadli do naszego domu, na początku wakacji i... On stanął między matką, a jednym z nich i... i dostał Avadą. Nie mogłem nic zrobić! Potem wywlekli z domu rodziców. Miałem szczęście, że nie było mnie wtedy w salonie. Kiedy usłyszałem, że przeszukują dom wyskoczyłem przez okno w moim pokoju i pobiegłem do lasu, jak najdalej domu. Wdrapałem się na jakieś drzewo i obserwowałem poczynania sług Voldemorta.
- Zabrali Twoich rodziców? - zapytałam. Pokiwał głową. Miał zaczerwienione oczy, wciąż płakał.
- Jak tu dotarłeś? Jak udało Ci się udało odnaleźć Hogwart?
- Nie było trudno. Leciałem wzdłuż torów - odpowiedział. - No tak, ty jeszcze nie wiesz - stwierdził, kiedy zobaczył moją minę. - Dzięki lekcjom z McGonagall, udało mi się opanować sztukę transmutacji w tym stopniu, że potrafię zmieniać się w pegaza - pochwalił się.
- Koń ze skrzydłami? - zapytałam z niedowierzaniem. - Myślałam, że można zmieniać się tylko w zwierzęta, które są znane mugolom.
- Zawsze byłem inny - odparł.
- W to nie wątpię, ale musisz powiedzieć Dumbledore'owi, o tym co się stało.
- Nie ma mowy! - pokręcił głową. - Sam sobie poradzę!
- Czy ty wiesz o czym mówisz?! Twoi rodzice zostali porwani przez Tego - Którego - Imienia - Nie - Wolno - Wymawiać! To nie są żarty, Josh - powiedziałam, ale wiedziałam, że nie przekonałam go.
- Jedyną osobą, której boi się Voldemort, jest Dumbledore! Powiedz mu to. Poproś o pomoc. On nie odmówi.
- Ale karze mi się odsunąć, powie, że to jest niebezpieczne. Żebym się nie wtrącał! - źrenice mi się powiększyły. Twarz wyglądał staro. Wyglądał strasznie. Złapałam go za rękę. Trochę się uspokoił. Patrzyłam mu w oczy. Dyszał ciężko. Jakiś czas później zasnął. Położył głowę na moich kolanach i ciężko oddychał. Podejrzewałam, że od dłuższego czasu nie może spać, że boi się spać sam.
   Dzięki temu, że chłopcy dzielili się z nami lekcjami z panią profesor, nauczyłam się wysyłać wiadomości patronusem. Machnęłam różdżką i posłałam mojego białego konia z wiadomością do dyrektora. Nie czekałam długo na pomoc. Z daleka widziałam profesora Dumbledore'a i profesor McGonagall. Za nimi szli Huncwoci. Musieli być przy tym, jak patronus dotarł z wiadomością, w innym przypadku nie zostaliby poinformowani i poproszeni o pomoc.
   Ułożyliśmy Josh'a na jego łóżku w dormitorium. Jęknął cicho, ale się nie obudził. Musiał być bardzo wyczerpany. Opowiedziałam o wszystkim nauczycielom i pozostałym obecnym w dormitorium. Dyrektor miał poważną minę. Przyjaciele byli przerażeni. Alison rozpłakała się, kiedy powiedziałam, że Eric nie żyje. Syriusz zaczął ją pocieszać, ale niewiele to dało. Kiedy zakończyłam opowieść tym, że chłopak prawdopodobnie od jakiegoś czasu mieszkał w Zakazanym Lesie, dyrektor szepnął coś do McGonagall i wyszedł z pomieszczenia.
- Zajmijcie się chłopakiem - zwróciła się do nas nasza opiekunka i także wyszła z pokoju. Popatrzyłam na Josh'a. Kiedy spał nie podtrzymywał magii i jego twarz wyglądała, tak jak ją zapamiętałam. Blizna na jego twarzy była teraz bardziej widoczna. Włosy sięgały łopatek. Policzki miał zapadnięte.
- Musiał dużo przeżyć przez ten czas - odezwał się Kali. Był jednym z bliższych przyjaciół bliźniaków. Podszedł do mnie i położył mi rękę na ramieniu. - Zajmiemy się nim - zapewnił mnie. Lekko się uśmiechał. Cieszył się, że wie co się dzieje z jego kumplem. Wbrew pozorom też cieszyłam się z tego, że wiem co się dzieje. Przynajmniej mogę coś zrobić.
- Mogę zostać tu na noc? - zapytałam.
- Wszyscy zostaniemy - zaproponował James. - Oczywiście jeśli nie macie nic przeciwko temu.
- Nie ma problemu - powiedział Kali.
   Ali cały czas chlipała w kącie w objęciach Syriusza. Chłopak był z tego powodu zadowolony. Lily i James zasnęli na jednym z łóżek.
   O północy nie spałam tylko ja i Remus. Obydwoje wpatrywaliśmy się w niebo.
- Za kilka dni pełnia - stwierdziłam. Chłopak jęknął. Wyglądał mizernie. Pod oczami miał ciemniejsze cienie niż zwykle. - Nie lubisz pełni?
- Czyli nie wiesz, o moim problemie? - zapytał cicho. Pokręciłam głową. Zaśmiał się. - Myślałem, że przynajmniej połowa szkoła o tym wie. Nie sądziłem, że Snape będzie trzymał język za zębami.
- O czym mówisz? - zapytałam zaciekawiona.
- Boję się, że będziesz się mnie bać - odparł.
- Zawsze jest ryzyko. I tak już podejrzewam, że masz likantropie - oznajmiłam. Popatrzył na mnie z przerażeniem. - Myślałeś, że to że co miesiąc wszyscy Huncwoci znikają w pełnie nie umknie nikomu?
- Mogliśmy to lepiej rozegrać. Masz rację - zaśmiał się. Przyłożyłam mu dłoń do policzka. Złapał ją i zamknął oczy.
- Lily wiedziała wcześniej, prawda? - pokiwał lekko głową nie otwierając oczu. To dlatego wczoraj tak dziwnie się na mnie patrzyła.
   Około drugiej w nocy wreszcie zasnęłam. W sennej rzeczywistości widziałam twarz Lorda Voldemorta, który śmiał się ze swojego sukcesu.


Wiem, że trochę to poplątane. Stwierdziłam, że założę własnego bloga i będę tam udostępniać inne opowiadanie. A teraz dobranoc :).

~ Moony

PS. Zmotywujcie pozostałe adminki i podzielcie się swoją opinią na temat opowiadań. Nie ma lepszej motywacji dla pisarza, od opinii czytelników, uwierzcie mi. ;) Liczę na was.  




wtorek, 7 października 2014

Opowiadanie 2. ~ Moony

Dobra. Dodaję, hmm... pierwszą część pierwszego rozdziału mojego opowiadania. Dodaję na próbę, jeśli będziecie chcieli dalszy ciąg napiszcie w komentarzach. :D  Miłego czytania życzę... No dobra nie przedłużam :)

______________________________________________________________________________

Opowiadanie 2. 'Ciężki trymestr'
Rozdział 1. 'Nowe znajomości'
Autor ~ Moony 

Korekta ~ Moony 


MADISON

   Obudziłam się bardzo wcześnie. Za oknem, w parapet bębnił deszcz. Od samego początku wiedziałam, że Londyn, pod względem pogody, jest okropnym miastem. Jednak pomimo pogody jest tam wielu turystów.
   Niewiele przed ósmą przestało padać, a miasto budziło się do życia. Na sąsiednim łóżku, mój młodszy brat, Max, cicho pomrukiwał.


SANTIAGO (DIEGO)

   Obudziło mnie stukanie deszczu, w parapet. Uwielbiałem deszczowe dni, których tak niewiele było w moim rodzinnym mieście, Buenos Aires. Bardzo podobał mi się zapach deszczu, mokrego świata.
   Chciałem dzisiejszy dzień poświęcić na uczenie się do egzaminów końcowych.


  MADISON

   Przed południem, rodzice zadecydowali, że pójdziemy na spacer do parku. Nie podobał mi się ten pomysł, ponieważ park był daleko i pojechaliśmy do niego samochodem, a poza tym nie miałam ochoty spacerować, ale nie chciałam robić przykrości rodzicom więc się zgodziłam. Max zabrał ze sobą piłkę, dzięki czemu nie było tak źle jak myślałam.


SANTIAGO


   Około godziny pierwszej po południu poszedłem do parku i moje plany uczenia się do egzaminów poległy. Było rześko i pachniało deszczem. Na ulicach nie było wielu osób. Kiedy szedłem jedną ze ścieżek usłyszałem dźwięk mojego telefonu. Wyciągnąłem telefon z kieszeni i spojrzałem na ekran, dostałem SMS-a od brata: 'Jak będziesz wracał kup mleko'. Zaśmiałem się cicho, bo mieliśmy sklep blisko domu, a jemu nie chciało się wyjść. W momencie, kiedy odpisywałem mu, że jest okropnym leniem itd. (brat miał 24 lata), pod nogi upadła mi piłka. Dziękowałem w duszy Bogu, że nie stałem kroku bliżej bo dostałbym nią w głowę. Schowałem telefon z powrotem do kieszeni i rozejrzałem się dookoła. Z naprzeciwka biegła do mnie ciemnowłosa dziewczyna. Nie była wysoka. Za nią biegł mały chłopiec. Miał brązowe, krótkie włosy. Oboje byli lekko wystraszeni.


RAZEM  
 
   Madi dobiegła do chłopaka i zatrzymała się przed nim zadyszana.  
- Przepraszam Cię bardzo - powiedziała.
- Nie sądziłam, że mały tak mocno kopie piłkę. 
- Nie jestem mały! - oburzył się chłopiec. - Mam już dziesięć lat!
- Jesteś już dużym facetem - mrugnął do niego młodzieniec, a potem zwrócił się do jego towarzyszki. - Nic się nie stało. Nazywam się Santiago Verde - przedstawił się.
- Ja jestem Madison, a to jest mój brat, Max - odpowiedziała dziewczyna. Przyjrzała się nieznajomy chłopakowi. Jasne włosy miał  lekko nastroszone, ale to pewnie specjalnie, grzywka opadała mu na zielone oczy. Na nosie miał piegi. Uśmiechał się przyjaźnie, a kiedy mówił było widać jego idealnie proste, białe zęby. - Twoje nazwisko pasuje Ci do oczu - przyznała. Chłopak parsknął śmiechem.
- Widzę, że znasz hiszpański - odpowiedział. - Skąd jesteś? Nigdy Cię tu nie widziałem.
- Razem z mamą i Max'em przyjechałam tutaj z Nowego Jorku, do taty - odpowiedziała. - Ale ty też nie jesteś stąd, prawda?
- Masz rację. Mieszkam tutaj z bratem, ale jestem z Buenos Aires. Uczę się w jednej z tutejszych szkół, dzięki stypendium, które dostałem - wytłumaczył Santiago.
- Zagrasz z nami? - wtrącił się do rozmowy już lekko znudzony tą wymianą zdań Max. Madi i nowy znajomy popatrzyli na niego, siostra lekko zdenerwowana, Diego rozbawiony.
- No jasne! - powiedział chłopak. - Dawaj, stoję na bramce.
- Ahh... Chłopcy to wieczne dzieci - westchnęła Madison i przeglądała się jak Max próbuje strzelić gola nowemu koledze. Santiago wydawał się naprawdę fajny. Był miły i zabawny, łatwo nawiązał kontakt z jej bratem co rzadko się zdarzało, bo Max nie ufał starszym od siebie ludziom. Poza tym był przystojny, co z jego cechami charakteru zdarza się coraz rzadziej.
   Jakiś później rodzice rodzeństwa zawołali ich, bo chcieli wrócić do domu. Rodzeństwo pożegnało się z nowym znajomym i pobiegło do rodziców.
- Jak będziesz chciała, to poszukaj mnie na Facebooku - powiedział Diego żegnając się z Madi.
- Jeśli znajdę czas to na pewno poszukam - mrugnęła do niego dziewczyna i podążyła za rodziną.

____________________________________________________________________________


Sory, że takie krótkie, ale to tak na początek. Jeśli was zainteresowało to piszcie. Jeśli nie... te też możecie napisać :P 

~ Moony

Siemanko! ~ Moony

Cześć! Co u was? Co byście powiedzieli na jakąś grę? Np... Tworzenie postaci? Znalazłam fajną stronkę, na której można stworzyć ucznia Hogwartu ale wychodzą też fajne postacie nie związane z serią HP. To co? Czekam na zgodę i/lub wasze propozycje na zabawy. Pozdrawiam ;)


~ Moony

sobota, 4 października 2014

Kocham mojego tatę!! ~ Moony

Witajcie! Co tam u was? Jak leci w szkole?

MÓJ TATA OSTATNIO KUPIŁ MI PŁYTĘ U2!! KOCHAM GO PO PROSTU!! :D :D :3
   A tak na marginesie. Może chcecie żebym nie pisała opowiadania o Hogwarcie, tylko o czymś innym? Bo wiecie mam już jedną opowieść napisaną całą, która czeka na kilka przeróbek. Co wy na to? Napiszcie w komentarzach :3

~ Moony

piątek, 26 września 2014

Rozdział 3 ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony & Sora

Rozdział 3. "Pierwsze lekcje latania na miotle i talent bliźniaków"
 
 


   - Lucy! - usłyszałam głos mojej przyjaciółki. Uczyłam się właśnie wszystkich dat na Historię Magii. Odwróciłam się i zobaczyłam Alison i bliźniaków zmierzających w moim kierunku. Ali miała włosy związane w kok. Oczy jej błyszczały, a usta wygięły się w wielki uśmiech. Chłopcy szli za nią, ale nie wyglądali tak jak zwykle...
- Eric! - krzyknęłam na jego widok, oczywiście bibliotekarka od razu mnie upomniała. - Myślałam, że masz ciemne włosy - dodałam już ciszej. Chłopak zarumienił się i przeczesał włosy palcami, a one zmieniły kolor na piaskowy i z powrotem na czarny.
- Jeszcze nad tym nie panuję - przyznał.
- Eric jest metamorfomagiem - oznajmił Josh i popatrzył na brata z lekką zazdrością. - Ja niestety nie odziedziczyłem tej zdolności.
- Taaak - Eric przeciągnął słowo. - Ty za to odziedziczyłeś rodzinne poczucie humoru - bliźniacy popatrzyli na siebie i wybuchnęli śmiechem zmieniając przy tym kolor włosów na niebieski. Przez ten nagły napad wesołości musieliśmy opuścić bibliotekę.
- Muszę Ci powiedzieć, Josh, że przez chwilę Ci wierzyłam - powiedziałam, do chłopaka, a potem zwróciłam się do Alison. - Ale kolor włosów chłopaków nie był jedynym powodem oderwania mnie od nauki, prawda?
- Nieee... Chciałam Ci tylko powiedzieć, że od przyszłego tygodnia zaczynamy lekcje latania na miotle - odpowiedziała zarumieniona. Popatrzyłam na nich trochę zdziwiona, ale bardzo się ucieszyłam, kiedy to usłyszałam. W wakacje tata pozwalał mi i Luck'owi latać na miotle daleko od miasta, w lesie. Luck zabierał mnie żebym pomogła mu w treningach do szkolnych meczów Quidicha. Bardzo lubiłam latanie na miotle.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------


   Nareszcie nadszedł dzień, w którym zaczęliśmy lekcje Latania na miotle. Oczywiście większość uczniów radziła sobie naprawdę dobrze. Widać było, że mieli już kiedyś do czynienia z miotłami. Najlepiej radzili sobie Syriusz Black i James Potter. Wszyscy ich podziwialiśmy. Bliźniacy nie zostawali w tyle i cała czwórka dała nam niezły pokaz. Z dziewczyn byłam jedną z lepszych. Alison trenowała z rodzicami i dała mi parę cennych rad. Inni uczniowie próbowali nam dorównać. Nie mogę powiedzieć, że byli najgorsi. Nawet mugolaki, które nigdy nie miały w rękach latającej miotły poradziły sobie całkiem nieźle, jak na pierwszy raz. Na koniec lekcji pani profesor pochwaliła nas i poszliśmy na obiad. Jeszcze nigdy nie byłam tak głodna. Nałożyłam sobie porcję większą niż zwykle i po posiłku ledwo mogłam się ruszać.

- Ale się objadłem - oznajmił Josh, kiedy siedzieliśmy przy kominku w pokoju wspólnym i robiliśmy pracę domową. - Chyba nie dam rady zjeść kolacji. Czemu się tak na mnie dziwnie patrzycie? - zapytał, kiedy zobaczył nasze zdziwione miny.
- Chyba musisz zacząć uczyć się panowania nad metamorfomagią - powiedziała Ali wskazując na ucho chłopca. Wyrastał z niego bardzo długi siwy włos. Parsknęłam śmiechem. Josh zarumienił się i włos zmienił kolor na czarny i zaczął się kurczyć.
- Chodź - powiedział Eric do brata. - Pójdziemy do profesor McGonagall.
- On ma racje - powiedziałam. - Powinniście ją poinformować o waszym talencie i poprosić o pomoc w zrozumieniu go.
- Tak, tak chodźmy - przytaknął Josh i razem z bratem ruszyli do obrazu Grubej Damy. Kiedy zniknęli po drugiej stronie usłyszałam pukanie w okno. Zobaczyłam, że za szybą siedzi szary puchacz. Jakiś chłopak otworzył okno i sowa wleciała do pokoju. Usiadła koło mnie i wyciągnęła nóżkę. Był to Remi, nasz rodzinny puchacz. Miał mądre, kasztanowe oczy. Bardzo go lubiłam. Do nogi miał przywiązany zwitek pergaminu. Odwiązałam go i Remi odleciał. List był napisany lekko koślawym pismem mojego ojca. Poznałam je od razu. A treść była następująca:

   Kochana Lucy!
        Razem z mamą wyjeżdżamy za granicę, do dziadków. Pragnę przypomnieć Ci o zbliżających się urodzinach babci. Myślę, że razem z bratem złożycie jej życzenia z okazji setnych urodzin. Nie           zawiedźcie mnie.
         Dawno nie pisaliście żadnego listu, napisz co u Ciebie. Jak Ci się podoba w szkole?        
         Jutro postaram się wysłać większą paczkę z niespodzianką. Spodziewaj się jej wieczorem.

    Całuję i pozdrawiam 
                                                       Twój kochany, 
                                                                                      TATA.

   Kiedy skończyłam czytać list złapałam się za głowę. Zapomniałam o urodzinach babci! Dobrze, że tata mi przypomniał. Muszę powiedzieć Luck'owi, żeby kupił coś ładnego, kiedy będzie znowu w Hogsmeade.
- Coś się stało? - zapytała Ali. Musiałam mieć dziwną minę. Popatrzyłam na nią z uśmiechem.
- Wszystko okej. Tata przypomniał mi tylko o urodzinach babci - oznajmiłam.
- Masz już prezent? Które to urodziny?
- Prezentu jeszcze nie mam - przyznałam. - Luck coś kupi w Hogsmeade, jak tam pójdzie. To są setne urodziny babci. Muszę Ci powiedzieć, że nieźle się trzyma - powiedziałam z dumą.
- Łał. Moi dziadkowie mają dopiero dziewięćdziesiąt.
- Nie ma wielkiej różnicy - świadczyłam i mrugnęłam do niej.
- Hmm... - zamyśliła się. - Jak tak teraz na to spojrzę. To chyba masz rację.
   Skończyłyśmy pracę domową i rozsiadłyśmy się na kanapie przed kominkiem. Ogień przyjemnie nas ogrzewał. Jakiś czas później dołączyły do nas Lily i Cornelia. Grałyśmy w eksplodującego durnia i patrzyłyśmy na wygłupy Blacka i Pottera. Czasem potrafili być zabawni.
   Kiedy na dworze zaczęło się robić ciemno, wszyscy Gryffoni poszli na kolację. Rozglądałam się za bliźniakami, ale nigdzie ich nie było. Zajęłyśmy z Ali nasze miejsca i napełniłyśmy talerze. Kiedy zaczęłam jeść przysiadł się do nas Luck z Marco. Przypomniałam bratu, żeby kupił prezent dla babci. Przyznał, że też zapomniał o święcie i obiecał, że na następnej wycieczce do Hogsmade kupi jakiś upominek.
- Tylko żeby nie było tandetne - powiedziałam mu. - To są wyjątkowe urodziny więc prezent też musi być wyjątkowy.
- Będę pamiętać - odpowiedział. - A gdzie są chłopcy?
- Poszli do profesor McGonagall - odpowiedziała Ali. - Chcieli poprosić ją o pomoc w rozwijaniu umiejętności metamorfomagicznych.
- Łał. Metamorfomadzy? - zaciekawił się Marco. - Zawsze im zazdrościłem. Jeden z moich kuzynów jest metamorfomagiem i zawsze mnie denerwuje, że co chwile ma inny kolor włosów.
- Ty nie masz innych problemów, stary? - zapytał Luck i zaśmiał się. W tym momencie do Wielkiej Sali weszli bliźniacy. Uśmiechnięci byli od ucha do ucha. Przy stole nauczycielskim pojawiła się profesor McGonagall.
- I jak było? - zapytała Ali, kiedy chłopcy usiedli i napełnili talerze. Obaj popatrzyli na siebie, potem na nas i zmienili nos w trąbę.
- Z tego wnioskuję, że było fajnie - oznajmiłam i wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Po kolacji poszliśmy do naszego pokoju wspólnego. Jak co wieczór graliśmy w różne gry. Bliźniacy pokazali nam czego się nauczyli i oświadczyli, że codziennie po lekcjach będą chodzić do profesor McGonagall na godzinę, żeby nauczyć się więcej.
- Czyli sami będziecie musieli robić zadania - oznajmiła Ali. Chłopcy popatrzyli na nią z przerażeniem. Szturchnęłam ją.
- To ty będziesz musiała sama rysować - odpowiedział Josh. Tym razem Ali była przestraszona.
- Ja tylko żartowałam! - odpowiedziała. - Będę wam pomagać.
- Ale się dałaś podejść - powiedziałam. - Przecież ja też nieźle maluję - popatrzyła na mnie jak na świra. Chłopcy w tym momencie przybijali piątkę i śmiali się na cały głos.
- Co tu tak wesoło? - zapytał Kali. Jasne włosy do ramion miał związane w kucyk. Niebieskie oczy mu błyszczały. Za nim szedł Matt. Był trochę zbyt wysoki jak na swój wiek. Miał brązowe włosy ścięte 'na jeża' i zielone oczy. Obaj chłopcy byli naprawdę bardzo fajni i zabawni.
- Cześć chłopaki - przywitaliśmy się z nimi.
- Myślałem, że już śpicie - powiedział Eric.
- Byliśmy w bibliotece - powiedział Matt. Popatrzyliśmy na nich zdziwieni.
- Przecież dzisiaj jest piątek - powiedział Josh. - Po co poszliście do biblioteki?
- Chcieliśmy zrobić pracę domową, ale potrzebne książki nie są już dostępne, bo inni uczniowie wypożyczyli - wyjaśnił Kali.
- Jak chcecie to my jeszcze nie zrobiliśmy więc możemy zrobić razem - zaproponowali bliźniacy.  Chłopcy zgodzili się i zabrali do pracy domowej. Ali i ja pomagałyśmy im.
   Nawet nie zauważyliśmy, kiedy zrobiło się całkiem ciemno.
- No dobra - powiedział Josh zwijając pergamin. - Nie mam ochoty siedzieć przy książkach. Może w coś pogramy?
- Dobry pomysł - przyznał Kali. - Może w eksplodującego durnia?
- To już jest nudne - powiedziałam. - Zagrajmy w coś innego. Na przykład w...
- W butelkę! - zawołała Ali. Wszyscy obecni w pokoju popatrzyli na nas zdziwieni. - No co się tak patrzycie? Mugole świetnie się przy tym bawią.
- Na czym to polega - zapytali bliźniacy. Ali cierpliwie wytłumaczyła cierpliwie zasady. Ktoś wykombinował plastikową butelkę. Kilku innych uczniów dołączyło do nas. Ali kręciła pierwsza i wylosowała mnie. Wybrałam wyzwanie.
- Hmm... - zastanawiała się dziewczyna. - Stań na rękach!
- Uff... Myślałam, że wymyślisz coś gorszego - odpowiedziałam. Znalazłam kawałek wolnego miejsca i wykonałam ćwiczenie, a potem zakręciłam butelką. Wypadło na jakiegoś chłopaka z piątej klasy. Miał na imię Simon. Miał piaskowe włosy z czarnymi końcówkami. Jego koledzy pozwolili mi wymyślić dla niego pytanie, a potem zakręcił. Dosiedli się do nas Luck i Marco oraz Potter, Black, Lupin i Pettigrew, którzy od jakiegoś tygodnia nazywani byli Huncwotami, bo strasznie psocili. Bawiliśmy się jak jeszcze nigdy. Kilku chłopców miało pocałować dziewczyny w policzek albo jakąś inną dziwną rzecz.
   Graliśmy bardzo długo, aż w końcu wszyscy zaczęli ziewać i prawie zasypiali. Postanowiliśmy, że skończymy grę i pójdziemy spać.
- Ale było ekstra - powiedziała Ali skacząc na łóżko. Prawie od razu zasnęła. Ja jeszcze chwilę patrzyłam na księżyc. Za kilka dni będzie pełnia. Nie pamiętam kiedy zasnęłam. Miałam naprawdę dziwny sen, którego rano już nie pamiętałam.

~ Moony

Kolejny rozdział, kiedy znajdę trochę czasu. oczywiście cały czas będę w trakcie pisania :D Skończyłam pisać inną opowieść i planuję ją tutaj udostępnić bo widzę, że Hogwart was nie porwał :). Zobaczymy, że to drugie was bardziej zainteresuje ;).
Do następnego razu :D Pozdrawiam.

AHA!! KOMENTUJCIE!

wtorek, 2 września 2014

Elo :)

Siemaneczko :) czekam na historię i siedzę sobie pod płakatem kobiety w czerni i czuję wzrok Daniela Radcliffa na sobie :) nie umiem się zmusić do poznania kogoś nowego, ale nie jest źle xd. A jak u was pierwszy dzień w szkole?
~ Moony

poniedziałek, 1 września 2014

Rozdział 1. ~Sora


Hejka, moi kochani!
Bardzo długo mnie nie było (mam nadzieję, że odpoczeliście trochę ode mnie C:)...
Moją nieobecność można w bardzo szybki sposób wyjaśnić... no... a więc... ehh...
Miałam bardzo silną... migrenę i dopiero dzisiaj wstałam z łóżka... <?>
- Tak, tak. Kłam dalej... ~Mello
- ... ~Sora
No, dobrze... Poprostu nie miałam ani grama weny...
Ale nie myślcie, że ten czas poszegł na marne! Oj nie, nie. Pod czas mojej nieobecności bardzo dużo myślałam nad opowiadaniem... W końcu doszłam do wniosku, iż mój styl pisania, znacznie różni się od stylu innych autorek na tym blogu. Jak by to powiedziać... Piszę bardzo sztywno (>-<). Bardzo za to przepraszam! Poprawię się!
Mam nadzieję, że kolejna część opowiadania Wam się spodoba, więc nie przeciągając...
Zapraszam do czytania! :3


Opowiadanie 1. "Jeszcze chwila i będziemy razem"
Rozdział 1. "Przebłyski optymizmu" część 1
Autor: ~Sora
Korekta: ~Sora (;-; Forever Alone ;-;)


…Właśnie miałam otworzyć drzwi i opuścić dom… Lecz gdy, stałam przy piwnicy (może kiedyś dowiecie się jak wygląda plan domu Daisy), poczułam dziwny chłód…
   Spojrzałam w dół i zauważyłam, iż nie mam na sobie spodni, a moja bluzka nie nadaje się do publicznego paradowania po mieście. Szybko pobiegłam na piętro, by założyć na siebie coś bardziej stosownego. Wybrałam zieloną sukienkę w żółte plamki i białe baleriny. Na ramię zarzuciłam moją ulubioną i z resztą jedyną torbę na długim pasku. Traktowałam ją jak mój podstawowy niezbędnik. Nabazgrałam wiadomość dla rodziców o moim wypadzie. Umieściłam ją na schodach, tak jak zwykle u mnie w domu jest to robione.
   Wybiegłam z domu. Otworzyłam bramę wjazdową i wsiadłam do stojącego na podjeździe mojego własnego (*-*), białego Jaguara [Chodziło mi o: Jaguar C-X16 Concept. Jakieś 30 minut próbowałam znaleźć jakiś fajny samochód w guglach i ten podoba mi się najbardziej :3). Byłam bardzo zamyślona. Głównie zastanawiałam się, gdzie mam się udać. Nie umówiłam się z Su w określonym miejscu. Postanowiłam pojechać do stadniny konnej, gdzie moja przyjaciółka udzielała lekcji jazdy. Chociaż ma zaledwie 15 lat, dostała pozwolenie na uczciwe zarabianie pieniędzy. Możliwe, że ludzie udzielili na to zgodę, z powodu jej trudnej sytuacji rodzinnej… Matka Su zmarła przy porodzie jej młodszej o 2 lata siostry, niestety dziecko również nie przeżyło. Dziewczynę wychowuje ojciec, który pracuje na siłowni (mam tam zniżkę :D). To właśnie tam poznałam Leo…
   Na autostradzie włączyłam radio. Z samochodowych głośników zaczęły wypływać przerywane i pojedyncze dźwięki. Zmieniłam stację na Radio Zet Gold. Już po chwili zaczęłam śpiewać i nie zwracając uwagi na trąbiący z tyłu samochód, rozpoczęłam swój „szaleńczy taniec” w rytm piosenki „Everybody”… Backstreet Boys-ów! Pewnie się nie spodziewaliście, ale to jest mój ulubiony boysband! (<3)
   Po około godzinie jazdy zaczęłam kojarzyć okolicę. Poznałam bogato zdobione domy i malownicze pola. Skręciłam w prawo. Teraz jechałam pustą o tej godzinie szosą [nie wiem, która godzina mogła być, ale możliwe, że obiadowa]. Po piętnastu minutach moim oczom ukazała się tablica informująca, że miejsca są tylko dla personelu. Niechętnie wycofałam samochód i znalazłam miejsca dla „zwykłych śmiertelników”…
   Już rok mnie tu nie było… Ehh… *sentymentalne westchnięcie* Rozejrzałam się w około. Niewiele się tu zmieniło. Przy ogrodzeniu rosły te same kwiaty, wejście jak zawsze znajdowało się w po drugiej stronie budynku… (-_-‘) [czytaj: Daisy jest leniem (like me) c;] Zawsze było tu tak pięknie… Całe pole na około stadniny należało do pana Martina Brown’a. ten mężczyzna z wielkim sercem, od zawsze działał na rzeczy dobroczynne. Mniej więcej przez to stał się na tyle bogaty, aby wybudować tak wielką stadninę. Rok temu wszyscy trąbili tylko o tym, że wziął za żonę jakąś rozwódkę z synem.
   „Ale… To na pewno były tylko plotki…”- pomyślałam.
   Pan Brown, był od nas tylko 10 lat starszy… I wręcz od zawsze podobał się Su. Jej nie chodziło o jego wielki majątek, lecz serce dla zwierząt. Mnie z resztą też trochę interesował, lecz starałam się tego nie pokazywać. W życiu nie chciałabym odbić chłopaka najlepszej przyjaciółce. Myślę, że Susane załamałaby się, gdyby te plotki okazały się prawdą…
   Zauważyłam przyjaciółkę siedzącą na rogu ławki. Była odwrócona do mnie tyłem, lecz przypuszczam, że ona również się nie zmieniła.
- Susane!- zawołałam przyjaźnie.
   Moja przyjaciółka wstała i podbiegła do mnie, aby dokładnie mnie wyściskać. Zauważyłam jej jak zwykle bladą skórę, i ciemne oczy, które wyrażały teraz sto emocji na sekundę. Pod jej lewą paczadełką widniał dobrze mi już znany pieprzyk, który miała od zawsze.  Niestety nie urosła, dalej miała zaledwie 165cm wzrostu. Zawsze, gdy gdzieś wychodziłyśmy, wyglądałam jak jej matka. Jedynej zmianie jaką udało mi się dostrzec uległy włosy. Wciąż były ognisto rude, lecz zamiast sięgać jej do pasa, sięgały teraz połowy ud.
- Jejku, Daisy! Dlaczego tak długo się nie odzywałaś?- zapytała ze strachem w oczach, z każdej strony dobrze mi się przyglądając- I w ogóle, to… zawsze przecież przyjeżdżasz tu z Leo…
   Najwidoczniej z mojej miny wywnioskowała, że coś jest między mną a moim chłopakiem nie tak, ponieważ szybko zamilkła i zaprosiła mnie do klapnięcia na ławkę. Po chwili wiedziała już wszystko. Siedziałyśmy w ciszy. Słychać było tylko trele ptaków i mój tłumiony szloch… Su jednak wiedziała jak mnie rozweselić, więc płakałam tylko chwilkę.
- Tak w sumie…- zaczęłam- to może podzieliłabyś się ze mną jakimiś nowinkami z pierwszej ręki, co?- dokończyłam z uśmiechem.
- No, pewnie! Ominęło cię dość sporo ciekawych zdarzeń…
   Susane była moją informatorką. Może i była nieśmiała, lecz bardzo dobrze obserwowała… zazwyczaj ludzi.
   Przyjaciółka w momencie zasypała mnie faktami typu: „Georg zszedł się w Christą…”, „Connie zerwał z Sashką dla Marco, lecz pocieszył ją Jean…” (tak to z SnK ^u^) lub „Otworzyli nową knajpkę z super przystojnym kelnerem…” ,itd.
-Susane! Su!- do moich uszu dotarł słodki głos pana Brown’a. Popatrzyłam w stronę, z którego dochodził.
   Ze stadniny wybiegł pan Martin, jak zwykle w swoim stroju jeździeckim. Właśnie teraz do mnie doszło… przecież on nigdy nie nazywał mojej przyjaciółki per „Su”…
- Susane, co tu robisz? Przecież masz dzisiaj wolne.
- Tak, tak… ale przyjechałam tutaj tylko na chwilkę. Już się zbieram.- odpowiedziała Su.
- Ale ja cię nie wyga…
- Do widzenia- warknęła Susane.

   Nawet nie wiem kiedy Su zdążyła złapać mnie za rękę i odciągnąć od Pana Martina.
- Daisy… mogłabyś z łaski swojej przestać się ślinić na widok do mojego szefa?- tym zdaniem wyrwała mnie z transu.
   „Jak mogłabym zrobić coś takiego Leo?”- pomyślałam łkając w duszy.
Popatrzyłam  na nią błagalnym wzrokiem, moich zielonych oczu. Widziałam, że zrozumie wiadomość.
- Ehhh…- westchnęła- Chodzi ci o jego „boskie ciało” w tym super stroju, prawda?- zadając pytanie położyła swoje ręce na biodrach.
-  Oh, jak ty mnie dobrze znasz…- szeroko się do niej uśmiechnęłam pokazując swoje proste ząbki…

Ten rozdział został podzilony na dwie części, ponieważ jest za długi, na jeden raz.
Kolejna część pojawi się niebawem.
Chociaż... może mały szantarzyk...? (^u^) Zostanie ona opublikowana, gdy... pod tym postem pojawią się 2 komentarze... :D
- I tak nikt tego nie czyta... ;_; ~Mello
- Nie prawda! Przecież już ponad 200 wejść! :D
Bardzo serdecznie dziękujemy! Kochamy Was! >3<

~Wasza kochana, Sora-chan :3

Siemanko

Cześć. Co tam u was? Jak pierwszy dzień w szkole? Pochwalcie się :) do której teraz klasy poszliscie? Ja do pierwszej liceum i powiem wam że było dziwnie O.o. Nie podoba mi się ilość lekcji w jednym dniu, ale co poradzę...
~ Moony

niedziela, 31 sierpnia 2014

Rozdział 2. ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony & Sora
Rozdział 2. "Pierwsze lekcje. Szukam swojej dobrej strony"

 
   Pierwsze lekcje przed obiadem bardzo mi się podobały. Na transmutacji pani profesor zmieniła się w kota, a potem kazała nam zmienić ślimaka w wykałaczkę i na odwrót. Pod koniec lekcji na moim blacie dwa z pięciu ślimaków było drewnianym patyczkiem. Najwięcej wykałaczek na blacie miał Remus Lupin, chłopiec z pociągu. Wszyscy chcieli wiedzieć jak mu się udało przemienić tyle ślimaków i gratulowali mu. Chłopiec stał czerwony jak burak i odpowiadał na pytania.
   Eliksiry minęły szybko. Profesor Slughorn okazał się być bardzo miły. Lily Evans z mojego dormitorium to jedna z lepszych uczennic na tym przedmiocie i od razu zyskała uznanie nauczyciela. Dwie godziny obrony przed czarną magią wspominam nie najmilej, ponieważ parę razy dostałam zaklęciem rozbrajającym i wylądowała na posadzce.
- Wszystko mnie boli - jęczał Josh, gdy szliśmy do Wielkiej Sali coś zjeść. Jego brat rozbroił go kilka razy, tak jak mnie Ali. Teraz oboje się z nas śmiali.
- Następnym razem dam Ci fory - powiedziała do mnie Ali przez śmiech. Popatrzyłam na nią wilkiem, ale też zaczęłam się śmiać. W takich nastrojach weszliśmy do Wielkiej Sali.
   Sklepienie pomieszczenia było jasne i przejrzyste co wskazywało, że błonia są zalane słońcem. Ucieszyłam się ponieważ naszą następną lekcją było zielarstwo w jednej z cieplarni poza zamkiem.
- Jak wam się podoba w szkole? - zapytał Luck, kiedy usiedliśmy przy stole i nałożyliśmy sobie wielkie porcje przysmaków na talerze.
- Obrona przed czarną magią jest do bani - powiedział Josh z pełnymi ustami. Oczywiście po tych słowach wszyscy zaczęliśmy się śmiać i opowiedzieliśmy mojemu bratu o pierwszych lekcjach.
   Po Zielarstwie nadszedł czas na opiekę nad magicznymi stworzeniami i dwie godziny zaklęć, które okazały się moją najmocniejszą stroną.Ćwiczyliśmy zaklęcie Wingardium Leviosa. Mieliśmy spróbować podnieść piórko na wysokość metra. Udało mi się to dwa razy!
- Idziemy do biblioteki - powiedziała Ali.
- Po co? - zdziwił się Eric. - Ja wolę iść na błonia i skorzystać z ładnej pogody puki jest.
- W bibliotece jest nudno - Josh poparł brata.
- Zgadzam się z nimi - oznajmiłam. Ali zrezygnowana podreptała za nami na łąkę. Usiedliśmy pod dębem. Na trawie rozłożeni byli inni uczniowie Hogwartu. Zauważyłam, że Lily Evans siedzi na brzegu jeziora z jakimś Ślizgonem. Chłopiec miał czarne, długie włosy. Nie widziałam całej twarzy, ale podejrzewałam, że był to Severus Snape. Lily mówiła, że poznała go jeszcze zanim dostała list z Hogwartu. To on opowiedział jej o szkole i magii. Był jej najlepszym przyjacielem, bo na siostrę nie mogła liczyć.
   Z zamyślenia wyrwał mnie jakiś huk. Popatrzyłam na przyjaciół, wyglądali na wystraszonych. Rozejrzałam się po błoniach. Wszyscy uczniowie rozglądali się niespokojnie. Po jakimś czasie zza szkoły wyszedł profesor Slughorn. Był wściekły. Prowadził ze sobą dwóch chłopców. Obaj mieli czarne włosy i byli rozbawieni. Jednemu długie włosy zasłaniały twarz, drugi miał okulary. Byli Gryffonami.
- To James Potter i Syriusz Black - powiedział Eric. - Mieszkają w dormitorium obok nas razem z Peterem Pettigrew i Remusem Lupinem - wtrącił Josh.
- Brat Blacka, Regulus Black był jednym z lepszych graczy w Quidditcha w Slytherinie - powiedzieli jednocześnie i zaczęli się śmiać.
- Musieli poważnie narozrabiać, skoro udało im się tak zdenerwować profesora Slughorna - powiedziała Ali. Pokiwałam głową. Ciekawe co takiego zrobili?
   Po incydencie na błoniach poszliśmy na kolację. Jak zawsze jadłam do oporu. Rozmawialiśmy o lekcjach, a Eric i Ali cały czas wspominali OPCM (obronę przed czarną magią). Dosiadł się do nas Luck ze swoim przyjacielem Marco. Znałam go, bo często nas odwiedzał i był już stałym gościem.
   Kiedy wracaliśmy do naszego pokoju wspólnego minęliśmy się z Potterem i Blackiem na schodach. Nie wyglądali na zadowolonych, ale znowu coś knuli. Widziałam to po ich minach.
- Odjęli nam punkty, - zauważył Josh - patrzcie. Wszyscy popatrzyliśmy na klepsydrę. Na dole było mniej kamieni, niż kiedy wychodziliśmy. Bliźniacy popatrzyli na rozrabiaków wilkiem, a oni skrzywili się i lekko wzruszyli ramionami.
- Każdemu się może zdarzyć - Ali zaczęła bronić chłopców. - Wy też kiedyś możecie stracić punkty.
- Może i tak - zgodził się Josh. - Ali ma rację bracie. Chodźmy do pokoju.
 - Okej - wspięliśmy się po schodach na wyższe piętro. Po drodze do wierzy utknęliśmy na schodach, ponieważ miały kaprys żeby się odwrócić, więc poszliśmy dłuższą drogą. Potem Eric wpadł na Stopień Pułapkę i musieliśmy go wyciągać z dziury.
- Czekoladowe kociołki - podałam hasło Grubej Damie. Kiedy mówiłam nie mogłam przestać się śmiać ze skwaszonej miny Eric'a.
- Nie ma się z czego śmiać - Eric nadąsał się jeszcze bardziej. - Nie ma nic zabawnego w siedzeniu w dziurawym stopniu [ -.-' ].
- Daj spokój stary - Josh usadowił się na kanapie przed kominkiem, obok swojego brata. Ali i ja zajęłyśmy fotele. - Każdemu się może zdarzyć - Eric dalej się dąsał więc Josh zaczął go łaskotać. Obaj zaczęli się śmiać. I po chwili wszyscy leżeliśmy na miękkim dywanie i śmialiśmy się na cały głos.
- A zadanie odrobione, że tu tak wesoło? - usłyszałam głos mojego brata. Luck siedział na fotelu, a jego przyjaciele na kanapie.
- Jeszcze nie - przyznał Eric siadając. Luck uniósł brew i popatrzył na nas.
 - Zaraz zrobimy - oznajmiła Ali. 

- Tak, tak już idziemy robić - Josh pociągnął nas do stolika na drugim końcu pokoju. Luck zaśmiał się, jak odchodziliśmy, westchnął i pokręcił głową.
   Rozłożyliśmy książki i zwoje pergaminów. Zabraliśmy się do pracy. Nie było tego dużo, ale zajęło nam to prawie cały wieczór.
- Mam już dosyć - oznajmił Josh, kiedy pisałam ostatnie zdanie w wypracowaniu na zaklęcia. Popatrzyłam na niego. Miał przekrwione oczy. Rzuciøam okiem na jego pergamin. Opisywał właśnie jakąś roślinę na zielarstwo.
 - Łał. Ale ładnie rysujesz - powiedziałam. Chłopak popatrzył na mnie zdziwiony.
- Nie żartuj sobie ze mnie.
- Mówię serio. Naprawdę mi się podoba.
- Jak tak mówisz - uśmiechnął się Josh. - Nigdy nie miałem okazji pokazać komuś swoich rysunków.
- Zawsze Ci mówiłem, że Twoje rysunki są fajne, to mi nie wierzyłeś - powiedział Eric wpatrzony w swoje wypracowanie. - Ja nie mam takiego talentu jak ty. Mnie to nudzi - dopisał coś do ostatniego zdania i zwinął pracę w rulon.
- Zagramy w eksplodującego durnia? - zapytałam, kiedy wszyscy skończyliśmy. Chłopcy przeciągnęli się.
- Możemy zagrać - zgodziła się Ali. - Ale ostatnio nie szło mi za bardzo.
- Dzisiaj będzie lepiej - powiedział Josh i rozłożył grę.
   Graliśmy bardzo długo. Do pokoju zaczęli się schodzić uczniowie i po jakimś czasie pomieszczenie było prawie pełne. Dosiadły się do nas Lily i Cornelia oraz Matt i Kali z dormitorium chłopców. Wszyscy naprawdę dobrze się bawiliśmy. Parę razy prefekci musieli interweniować, ponieważ Potter i Black znowu rozrabiali.
   Jednym z prefektów był Marco. Widziałam, że był zły na rozrabiaków, ale próbował tego po sobie nie pokazywać. Chłopak był na piątym roku. Miał piaskowe włosy i ciemno niebieskie oczy. Lubił pomagać uczniom i był naprawdę miły. Drugim prefektem była Camilla z roku szóstego. Miała rude włosy i piwne oczy. Była miła, sympatyczna i przyjazna.
- Idę spać - powiedziała w pewnym momencie Ali. - Jestem padnięta.
- Ja też już idę - oznajmiłam. - To był ciężki dzień. Wam też radzę się położyć. Obaj dostaliście dzisiaj w kość - chyba zrozumieli o co mi chodziło, bo popatrzyli na mnie spode łba. Zaśmiałam się.

- Tak, my też już idziemy - powiedzieli jednocześnie, przez co jeszcze bardziej zaczęłam się śmiać. Ali pociągnęła mnie za szatę. Wzięłam swoje książki i prace domowe, i poszłyśmy na wierzę. Pożegnałyśmy się z chłopcami przy schodach i każdy poszedł w swoją stronę. W dormitorium przebrałyśmy się w piżamy i położyłyśmy się w łóżkach. Gadałyśmy jeszcze z jakąś godzinę i zasnęłyśmy.

~ Moony

Zachęcam do komentowania :) Błagam, napiszcie czy wam się podoba... ;)

czwartek, 28 sierpnia 2014

środa, 27 sierpnia 2014

Nasz fanpage!!

Witam tak na koniec dnia!
Chcem ogłosić, iż mamy stronkę na facebooku. Będziemy tam informować was o naszych wpisach i takich tam innych xd. Zachęcamy do polubienia :)
Zachęcam was również do komentowania naszych wpisów (wyrażajcie opinie, te dobre i te złe). Nikogo nie gryziemy ^^ Życzę dobrej nocy.
A tu link: https://www.facebook.com/pages/My-Arrow-of-Cupid/287967038056428?fref=ts

~ Moony

Opowiadanie 1. ~ Mello

Tak, to znowu ja :3
Jak obiecałam, dodaję dzisiaj 2 część opowiadania C:
Miłego czytania! ^^

Opowiadanie 1.
Autor: ~ Mello
Korekta: ~ Sora
Anime: Shingeki no Kyojin
Paring: ArminxMikasa
Tytuł: '' Miłości się nie wybiera...''
Rozdział 2.
Tytuł: " Tamte Walentynki... cz.2 "

" Kiedy jesteś nieszczęśliwy, szukasz kogoś, kto jest w gorszym położeniu niż ty... " ~ Lucy, Elfen Lied

Ten rozdział dedykuję Wikuni :3 ( muahahahah :P )

W łazience były wszystkie dziewczyny. Nie była ona duża, ale na tyle wielka, by pomieścić dwie kabiny prysznicowe, dwie ubikacje oraz trzy umywalki. Nad nimi wisiało prostokątne lustro.

Przy umywalkach malowały się Christa i Ymir. Christa miała ubraną żółtą, zwiewną sukienkę. Włosy spięła w wysokiego kucyka. Założyła balerinki na lekkim obcasie. Zauważyłam na jej ręce bransoletkę, którą dostała od Reinera. Ymir natomiast wyglądała ślicznie w swojej seledynowej, prostej sukience. Materiał ubrania przypominał Jeans. Miała niedbałego warkocza. Palec serdeczny u lewej ręki przyozdobiła srebrnym pierścionkiem. Dziewczyny dopracowywały swoje makijaże do perfekcji.

Mina Carolina właśnie weszła do łazienki z fioletową sukienką. Skierowała się do kabiny toaletowej, by ją ubrać. Za nią weszła Annie.

Miała na sobie czerwoną sukienkę z falbanami i czerwone szpilki. Narzuciła na siebie białe bolerko. Na jej szyi widniał jak zwykle srebrny wisiorek z dużą literą "A" od jej imienia "Annie". Usta miała pomalowane czerwoną szminką w odcieniu krwi. Nie zmieniła fryzury, była taka jak zawsze. Wyglądała elegancko, ale bez przesady.

- Annie, co ty taka odstrzelona? - spytała Sasha
- A co, nie mogę?! - prychnęła na nią dziewczyna.

Sasha i Annie nie lubiły się. Często się sprzeczały o byle co. Ja też jej nie lubiłam, ale nie chciałam się z nią kłócić. Może i dobrze walczyłam, ale nie umiałam się odgryzać. Moja przyjaciółka robiła to za mnie. Gdy Annie miała do mnie jakieś wąty, szybko stawała w mojej obronie. Czasem Leonhardt bardzo ją obrażała, Sasha jednak brała to na klatę i odpowiadała tym samym. Byłam z niej dumna. Cieszyłam się, że mam taką dobrą, wspaniałą przyjaciółkę.

- No możesz... Ale nie słyszałam, żebyś miała chłopaka...
- Tak się akurat składa, że od jakiegoś czasu się z kimś spotykam.
- Z kimś? ... - Sasha drążyła temat
- Tak " z kimś "! I nic ci do tego ziemniaczku!
- ZIEEMNIACZKUUU?!!! - Saszka wkurzyła się - Czy ja się przesłyszałam?!
- Dobrze zrozumiałaś, ziemniaczana panienko!

Braus wyglądała, jakby zaraz miała przywalić przeciwniczce.
Sytuacja powoli zaczęła wymykać się spod kontroli. Postanowiłam to zakończyć.

- Dziewczyny, przestańcie... - zaczęłam - Nie kłóćcie się... Po co psuć sobie taki piękny dzień...

Nagle poczułam, jak Annie karci mnie wzrokiem. 
Po chwili odparła:
- Tym razem przyznaję ci rację, Ackerman. Przepraszam Braus. - powiedziała ciepło.

Obie byłyśmy zdziwione tą nagłą zmianą. Zresztą, nie tylko my, Christa i Ymir też uważnie przyglądały się całej sytuacji.

- Ja też przepraszam. - spokojnie odpowiedziała Sasha - Nie powinnam tak się wypytywać.To z kim się spotykasz to twoja prywatna sprawa.
- Widzę, że się rozumiemy. - powiedziała niebieskooka.

Już miała iść, gdy zauważyła miętową sukienkę, którą trzymała Saszka. Zrozumiała, że to dla mnie.

- To sukienka dla Ackerman?
- Tak, a co? - zapytała wojowniczo nastawiona Sasha.
- Nie, nic... - popatrzyła się na mnie - O ile wiem, nie masz sympatii, co?

Obleciał mnie strach.

- Eee... Ja... - tylko tyle zdołałam z siebie wydobyć. Na szczęście, przyjaciółka była przy mnie.

- Nie ma, ale dziś zdobędzie! - wykrzyknęła.

Poczułam, jak wszystkie spojrzenia kierują się na mnie. Annie jeszcze chwilę na mnie patrzała, a następnie odparła:
- W takim razie powodzenia!
- Dziękuję... - powiedziałam speszona.

Z ubikacji wyszła Mina.

- Co się tu dzieje? - spytała, patrząc na nas wszystkie po kolei.
- Nic - odparła Annie - Chodź, my już musimy iść!

Po chwili już ich nie było. Sasha dała mi sukienkę. Weszłam do kabiny.

Ciekawe, z kim spotyka się Annie... - pomyślałam. Wolni są tylko Eren, Armin i Connie... a co jeśli... ? Nie, to niemożliwe... Na pewno jest z Arminem lub Connie'm!
Odciągając od siebie te myśli, zaczęłam się przebierać.

Po pięciu minutach wyszłam. Nie zmieniłam fryzury, lubiłam mieć rozpuszczone włosy. Założyłam biżuterię mojej mamy. Nałożyłam czarne balerinki.

- Wow, Mika, zajebiszczo wyglądasz! - wykrzyknęła Sasha.
- Nie no, nie przesadzaj... - odparłam lekko zarumieniona.
- Mikasa, powinnaś częściej ubierać się w sukienki. - powiedziała Christa.
- Podpisuję się pod tym! - odrzekła Ymir, pięknie się uśmiechając.
- Ale... Ja... - poczułam się nieswojo w centrum uwagi.
- Musimy Cię tylko jeszcze pomalować! - powiedziała zadowolona Sasha.
- Ale ja nie chcę... - szepnęłam.
- Nie bój się! Umiem dobrze malować! Nie będziesz mieć mocnego makijażu! - uspokoiła mnie Ymir.
- No... dobrze. Zgadzam się. - odparłam.

Piegowata dziewczyna zaczęła mnie malować.

- A tak właściwie... Dlaczego tak wcześnie wstałyście? - zapytałam z ciekawości - Zawsze śpicie do późna...
- Widzisz Mikasa - zaczęła Christa - dzisiaj są Walentynki... I chciałybyśmy jak najwięcej czasu spędzić z chłopcami...
- Rozumiem... - odparłam -A zajęcia?
- O to się nie martw! - wyjaśniła Ymir - Marco, Reiner i ja wszystko załatwiliśmy! Poszliśmy do szefa ( tak nazywaliśmy nauczyciela ) i przekonaliśmy go, by dziś dał nam wolne. I się zgodził!
- Naprawdę? - zapytałam z niedowierzania.
- Ja też na początku nie wierzyłam, ale staruszek ma jednak dla nas trochę serca. - odparła Sasha żując kawałek bułki, która ni stąd ni zowąd pojawiła się w jej rękach.
- Rozumiem... - powiedziałam lekko się uśmiechając.

Chyba, jednak będę go wspominać ciepło... -pomyślałam.

- Gotowe! - wykrzyknęła Ymir.
- Wow, ślicznie wyglądasz! - Christa krzyknęła z zachwytu.
- Ja... Dziękuję.
- No dobra! - odparła Sasha - Wielkie dzięki, dziewczyny! Chodź Mika, na nas już czas!

Chwyciła mnie za rękę. Pożegnałam się z koleżankami i wyszłyśmy z domku. Była już 9.30.

- Odprowadzę cię do koszar* chłopców. - rzekła uradowana Sasha.
- Dobrze. - odparłam uśmiechnięta.

Nagle, za zakrętu wyszedł Jean.

- Tu, jesteś Myszko. - powiedział Jean, nie zauważając mnie - Właśnie po ciebie szedłem. Zabieram cię na piknik!
- Jean... - szepnęła zarumieniona Sasha.

Wyczułam sytuację, nie powinnam psuć romantycznego nastroju.

- To ja już pójdę. - powiedziałam ciepło się do nich uśmiechając - Miłego dnia!
- Pa, Mika... Powodzenia! - krzyknęła na pożegnanie Sasha.

Trzymając się za ręce, odeszli.

Piękna z nich para. - pomyślałam - Ciekawe, czy ze mnie i Erena też taka będzie... Może będziemy mogli chodzić na podwójne randki...

W tym momencie stanęłam przed drzwiami do domku chłopców.

- Ogarnij się Mikasa... - próbowałam się uspokoić - Na pewno ci się uda...
3...
2...
1...
Nacisnęłam klamkę i otworzyłam drzwi.

Koniec rozdziału 2.

Muahahahahah XD Jak ja lubię kończyć w takich momentach :3 Trochę się rozpisałam, ale to dlatego, że chciałam skończyć właśnie teraz. Tak, wiem że to opowiadanie ArminxMikasa, a w 2 rozdziale jeszcze nie ma Armina, ale obiecuję, że już w 3 rozdziale na 100% się pojawi ^^
Na teraz to wszystko. Do zobaczenia! C:
* koszary - domki, w których mieszkają kadeci.
~ Mello 




Rozdział 1. ~ Moony


Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii."
Autor: ~ Moony
Korekta: ~ Moony & Sora
Rozdział 1. "Poznaję nowych przyjaciół i dołączam do Gryffonów"


    

   "Najwyższa pora wstać" powiedziałam do siebie. Za oknem świeciło już słońce. Popatrzyłam na zegarek. Było po siódmej. Zwlokłam się z łóżka i przeciągnęłam. Za parę godzin stanę na progu Hogwartu.
    Bałam się przydziału, chociaż z natury byłam naprawdę odważna. Miałam nadzieję, że trafię do przyjaznego domu. Ubrałam się szybko i zbiegłam na dół, do kuchni.  Cała moja rodzina już tam była. Mama miała brązowe włosy związane w kok. Ogólnie była drobną osobą i miała idealne rysy twarzy.  Lubiła się śmiać i opowiadać kawały. Teraz w jej szarych oczach zobaczyłam smutek, tęsknotę i dumę. Ojciec pochylał się nad jakąś książką. Miał jasne włosy i zielone oczy. Był dobrze zbudowany i naprawdę przystojny, często się uśmiechał. Pod prawym okiem miał znamię, które mój brat i ja odziedziczyliśmy. Miał też piegi, dużo piegów. Pospiesznie zjadłam śniadanie razem z rodzicami i moim starszym bratem, Luck'iem. Luck miał jasne włosy, tak jak tata i niebieskie oczy. Był wysoki i wysportowany (był pałkarzem w drużynie Gryffindoru). Miał 13 lat.
   Po śniadaniu pojechaliśmy na dworzec. Mama została w samochodzie, ponieważ nie była czarodziejką. Przeszliśmy na peron 9 i 3/4. Było pełno młodych czarodziei z rodzicami. Rozglądałam się zaciekawiona. Przychodziłam tu co roku z Luck'iem, kiedy jechał do szkoły. Pożegnaliśmy się z tatą i poszliśmy szukać wolnego przedziału. Na korytarzu był tłum. Przepychałam się za bratem szukając przedziału. Gdy tak szliśmy, zobaczyłam, że do jakiegoś przedziału pełnego dziewczyn (miały ok.14 lat), wpadł mały chłopiec, pewnie miał tyle samo lat co ja. Był chudy i mizerny. Miał bladą twarz. Brązowe włosy opadły mu na oczy. Kiedy wylądował na podłodze pociągu dziewczyny zaczęły się z niego śmiać. Ktoś pomógł mu wstać upominając nastolatki.
- Będę w przedziale obok - powiedział Luck, kiedy znaleźliśmy puste miejsca. W przedziale siedziała tylko jasnowłosa dziewczynka. Luck przytulił mnie i poszedł do swoich przyjaciół.
- Cześć - uśmiechnęła się do mnie blondyneczka. Miała czarne, przyjazne oczy i ładną buzię.
- Cześć - przywitałam się. - Mogę usiąść?
- Nie krępuj się. Wszystkie miejsca wolne. Mam na imię Alison - przedstawiła się, kiedy usiadłam naprzeciwko niej. - Mów mi Ali.
 - Ja jestem Lucy - powiedziałam. Ali uśmiechnęła się. Wydawała się naprawdę fajna. Siedziałyśmy w ciszy. Nie byłam dobra w zaczynaniu rozmów. Ali chyba też nie lubiła dużo mówić, bo siedziała cicho i patrzyła w okno. Po jakimś czasie przypomniało mi się, że mam w torbie czekoladowe żaby. Zaczęłam ich szukać. Kiedy znalazłam słodycze podałam jedną żabę Alison. Uśmiechnęła się do mnie i podziękowała. Otworzyłam swoją żabę i odgryzłam jej głowę. Wyciągnęłam kartę dołączoną do czekoladki i prawie podskoczyłam z radości. Z karty mrugnął do mnie Albus Dumbledore. Zbierałam karty od lat i w mojej kolekcji brakowało tylko dyrektora Hogwartu.
- Kogo masz? - zapytała moja towarzyszka. - Ja mam Bathildę Bagshot, znowu.
- Ja mam Dumbledora - zaśmiałam się. - Mam już wszystkich z kolekcji.
- Mnie jeszcze kilku brakuje - oznajmiła Ali. Po tych słowach znowu nastała cisza.
       Pół godziny później do przedziału weszli dwaj chłopcy. Byliby identyczni, gdyby jeden nie miał białej blizny ciągnącej się przez pół twarzy (od czoła, przez oko, do policzka) z lewej strony. Oboje mieli czarne włosy i czekoladowe oczy. Szeroko się uśmiechali pokazując białe, lekko zaostrzone zęby. Usiedli obok nas i przywitali się. Ten ze szramą na twarzy miał na imię Josh, a jego brat Eric. Byli naprawdę fajni. Przez resztę podróży graliśmy w eksplodującego durnia (czarodziejski odpowiednik mugolskich memory) i śmialiśmy się tak głośno, że zaglądali do nas zaciekawieni i zaniepokojeni uczniowie.
     Wyszłam na peron w towarzystwie moich nowych przyjaciół. Hagrid, gajowy w Hogwarcie (pół olbrzym), poprowadził nas w stronę jeziora. Na brzegu stały łódki. W czwórkę weszliśmy na pokład i ruszyliśmy w stronę zamku.
    Kiedy przekroczyłam próg szkoły uważnie się rozejrzałam. Weszliśmy do wielkiej Sali Wejściowej. Na ścianach wisiały obrazy, które machały do nas przyjaźnie. Na jednej ze ścian wisiały cztery klepsydry z kolorowymi kamieniami: czerwonymi, zielonymi, żółtymi i niebieskimi. "Każda dla innego domu" pomyślałam. Kiedy już wszyscy pierwszoroczni weszli do zamku pozwolono nam wejść do Wielkiej Sali. Stały tam cztery stoły dla uczniów i jeden nauczycielski pod ścianą, naprzeciwko wejścia. Stanęliśmy w szeregu przed profesorami, wysłuchaliśmy pieśni Tiary i kolejno siadaliśmy na stołku, i zakładaliśmy na głowę starą Tiarę Przydziału. Kiedy padło moje nazwisko i imię podeszłam do stołka i usiadłam. Stara, podziurawiona, czarodziejska czapka ledwo dotknęła mojej głowy, a rozległ się okrzyk GRYFFINDOR! Przy stole po mojej prawej stronie usłyszałam okrzyk radości. Moi przyjaciele, po krótkim czasie zajęli miejsce obok mnie. Przyglądaliśmy się innym pierwszakom, jeszcze kilka osób dołączyło do naszego stołu, w tym ten mały, blady chłopiec, którego widziałam w pociągu. Teraz mogłam przyjrzeć mu się dokładniej. Miał miodowe podkrążone oczy. Na twarzy miał liczne rany. Wyglądał na zmęczonego i smutnego. Zrobiło mi się go trochę żal.
       Dyrektor przypomniał kilka ważnych informacji, powitał nowych uczniów i rozpoczęła się uczta. Jeszcze nigdy nie widziałam tylu pysznych dań na jednym stole. Nałożyłam sobie dużą porcję jedzenia. Nalałam dyniowego soku i zaczęłam jeść. Podczas uczty rozmawiałam i śmiałam się razem z Alison i bliźniakami. Duchy poszczególnych domów latały nad nami i rozmawiały z uczniami. Po kolacji poszliśmy za prefektem do naszego pokoju wspólnego i rozeszliśmy się do dormitoriów. Pokój był duży. Stały w nim cztery łóżka z zasłonami. Przez okno wierzy widać było błonia (taka se duża łąka). Przy łożu pod oknem zobaczyłam swój kufer. Miałam zamieszkać z Alison, Lily Evans, rudowłosą dziewczynką z zielonymi oczami i Cornelią Ros, czarnowłosą o niebieskich oczach.
         Długo nie umiałam zasnąć, ale gdy w końcu mi się to udało śniły mi się bardzo przyjemne sny.

~ Moony

Moje ''dzieło'' ~ Mello

Już jestem! :3
Macie tu takie moje ''dzieło''. Jakoś wieczorem wzięło mnie na rysowanie małego Gaarusia <3
Postać: Gaara
Anime: Naruto
Autor: ~ Mello ~

Wieczorkiem dodam kolejny rozdział opowiadania ArMika ^^ Tak, wiem że nie możecie się już doczekać C:
~ Mello 
P.S. Sora zdeklaruj się czy chcesz, żebym Ci narysowała Janeczka, czy Sebastianka. Chyba, że coś innego.... wtedy też napisz co ;)

Witam :3 ~ Mello

Dzisiaj idę do dentysty o.o Ale jak będę dzielna to mamusia mi w nagrodę zamówi na allegro tomy mangi: 
* Mahou Shoujo Madoka Magica tom 1
* Judge tom 1
I może jeszcze scyzoryk... ^^
Jak wrócę, to wrzucę rysunek małego Gaary (Naruto), który narysowałam wczoraj wieczorem :3 ( No chyba że mój aparat odmówi posłuszeństwa :< )
Wieczorem natomiast dodam 2 rozdział opowiadania ArMika (ArminxMikasa)
Tak, miałam wenę ^^
Ale od początku roku szkolnego nie będę mogła tak często dodawać rozdziałów opowiadań, mama doła mi ultimatum - albo 1 rozdział na tydzień, albo kończysz z blogiem :( Ale nic nie wspomniała o postach ;3
Jeszcze raz ciepło witam nową autorkę naszego bloga Moony, z którą zresztą znam się osobiście C:
A teraz coś dla Sory, jej z pewnością nowy ulubiony paring z SnK ( no może zaraz po JeanxSasha ).....
Panie i Panowie.....
Chłopcy i Dziewczęta.....
Cielaki i Demony.... ( tylko wtajemniczeni wiedzą o co kaman, co nie Sora? C: )
Mello przestawia....
....
....
....
nowy paring z SnK....
....
....
....
JeanxJean XD

A tak btw, to chyba narysuję dla Sory jakiegoś Janeczka... co Ty na to Soruś? ^^
Wy też możecie składać zamówienia na jakieś rysunk C: (nie umiem rysować, ale chętnie się nauczę)
Chciałabym jeszcze dodać, że jeśli nasze opowiadanie Wam się podobały (lub też nie) bardzo zachęcam do komentowania, ponieważ to dodałoby nam chęci, bo wiedziałybyśmy, że ktoś to czyta C:
Zachęcam również do składania zamówień (np. na one-shoty), my naprawdę nie gryziemy ^^
Ja już kończę, do zobaczonka ! :3
Wszystkim życzę miłego dnia i zapraszam do czytania naszych opowiadań! :3
~ Mello 

wtorek, 26 sierpnia 2014

Siemaneczko :)

Witam :) Jestem tu nowa.
Dziękuję, że Sora i Mello mnie przyjęły :) Moje opowiadanie (na temat Hogwartu z czasów Huncwotów) będzie pojawiało się raz na tydzień albo rzadziej (zwykle piszę wtedy, kiedy mam wenę). Aktualnie pierwszy rozdział jest w obróbce. Postaram się dodać go jeszcze w tym tygodniu. Mam nadzieję, że moje rozdziały wam się spodobają. :)
~ Moony

Nowy autor :3

Ahoj, Kamraci!
Przywitajcie gorąco nowego członka naszego (Mello i mojego) bloga- Moony. Nie będzie to administrator, lecz autor. Jej opowiadania będą głównie o Hogwardzie, za czasów Huncwotów (jeżeli ktoś wie o co chodzi...). Ma już 16 lat, więc przywita się sama. x3
~Sora-chan

P.S.
Pssst... To jest moja siostra i ma na imię Dominika... (to by było na tyle z anonimowością x3)

Opowiadanie 1. ~Sora


 Hej, Mordeczki!
*bije sobie brawo* Powiem Wam szczerze, że jestem z siebie dumna! :D Myślę, że wykonalam kawał
dobrej roboty. *odchrząka*  Nie przeciągając...

Opowiadanie 1. "Jeszcze chwila i będziemy razem"

Wstęp.
Autor: ~ Sora
Korekta: ~ Sora + Moony :3
Nie jest to opowiadanie o paringu z żadnego anime (nie było weny na takowe ._.)


Byłam sama w domu. Rodzice wyjechali na ślub znajomych, a ja, z powodu zapowiadanej tam nudy, zostałam w domu. Za oknem padało i ogólnie nie panowała przyjemna temperatura. Siedziałam na podłodze, przed kominkiem, owinięta ciepłym kocem. Za okopconą lekko szybką, buchał przyjemny ogień, dający ciepło wszystkim żyjątkom w moim domu. Na panelach przede mną, leżał rozłożony już wcześniej przeze mnie album, oprawiony w miły w dotyku materiał. Bardzo lubię przeglądać zdjęcia, nawet te, które zostały zrobione stosunkowo niedawno. Zawsze przy tym myślę sobie coś w stylu: ,,Ah, jak ładnie na tym wyszłam!” lub ,,Mama była tak zaskoczona kiedy…” i wiele innych.

Przewróciłam kolejną kartkę, grubego albumu. Moim oczom ukazały się trzy bardzo do siebie podobne zdjęcia i jedno, które bardzo się wyróżniało. Na wszystkich uwiecznione zostały dwie osoby w scenerii nadmorskiej. Na dwóch pierwszych dziewczyna ubrana w biało-niebieskie bikini próbowała zaciągnąć chłopaka do wody. Nie było widać jego twarzy, lecz można było stwierdzić, że na pewno jest wysokim, dobrze zbudowanym, brunetem (jasnym). Na trzecim zdjęciu stali razem zanurzeni już po pas w wodzie. Pięknie razem wyglądali. Jego opalona skóra cudownie kontrastowała z prawie białą karnacją dziewczyny. Na wszystkich zdjęciach świetnie się bawili, było to widać na pierwszy rzut oka.. Na ostatniej fotografii na tej stronie, znajdowała się ta sama para młodych ludzi co na wcześniejszych. Dziewczyna stała wtulona w chłopaka, którego twarz była teraz doskonale widoczna. Miał lekko przymknięte, jasno brązowe oczy i pełne usta ułożone teraz w nieco zadziorny uśmiech. Był na tyle wysoki aby oprzeć się brodą o głowę dziewczyny. Jego ręce były oplecione naokoło niej. Dobrze znam chłopaka ze zdjęć. Ma na imię Leo i jest w moim wieku. To ja jestem tą z pozoru piękną dziewczyną, którą tuli.

Wszystkie fotografie zostały zrobione rok temu nad Morzem Śródziemnym we Francji. Byliśmy razem, ponieważ teoretycznie znamy się od zawsze. Gdy byliśmy mali traktowaliśmy się jak rodzeństwo. Nasze mamy znają się od dzieciństwa i są najlepszym przykładem przyjaźni na całe życie. Dlatego bardzo ucieszyły się z faktu, że ich dzieci zostały w końcu parą…

Wyciągnęłam jedno zdjęcie z folii, którą było oprawione. Położyłam się na podłodze i uniosłam je nad głowę na wyprostowanej ręce. Przyjrzałam mu się uważnie. Wyszłam całkiem nieźle. Moje ciemne włosy sięgały wtedy nieco za łopatki, lecz teraz są już znacznie dłuższe. Grzywka otulała moją, według mnie, za bardzo kwadratową twarz. Miałam na sobie zwiewną, błękitną sukienkę z przewiązaną w pasie granatową wstążką. Jednym słowem, nie było źle. Uśmiechnęłam się do siebie. Zanim popatrzyłam na młodzieńca, w którego ramionach się znajdowałam, omiotłam spojrzeniem tło. Ukryliśmy się wtedy w lasku niedaleko plaży. Chcieliśmy mieć chwilkę „sam na sam”, lecz nasze ciekawskie i wszędobylskie mamusie oczywiście znalazły nas w najmniej odpowiednim momencie. Zrobiły masę zdjęć, by uwiecznić, według nich, najromantyczniejszą scenę roku… To właśnie na tych wakacjach uświadomiliśmy sobie, jak blisko siebie jesteśmy. Krótko potem okazało się, że nie damy rady bez siebie żyć.

Zakręciła mi się w oku łza. Im dłużej wpatrywałam się w zdjęcie, tym bardziej brakowało mi Leo. Jego bliskości… Silnych ramion… Pięknych, lśniących włosów, które same dopraszały się o czułe przeczesanie palcami…

Czułam w środku pustkę. Teoretycznie trwałam w niej już od jakiegoś roku, kiedy dowiedziałam się, że mój ukochany wyjeżdża za granicę, pomóc ojcu w interesach. Na początku rodzice próbowali pocieszyć mnie na wszystkie możliwe sposoby, co spowodowało miesięczny wyjazd za granicę. Niestety nic nie poskutkowało i rodzice po jakimś czasie dali za wygraną.

Leo przewidział powrót na 21 lipca, zaplanowałam na ten dzień coś specjalnego… Do spotkania jeszcze miesiąc…

Opuściłam rękę. Wpatrywałam się w sufit, do czasu, aż łzy zaczęły spływać mi za uszami kapać na panele. Podniosłam się i wytarłam oczy o koc. Nie mogłam znieść otaczającej mnie ciszy.

- Trzeba przeżyć- uśmiechnęłam się blado- Dla ciebie zrobię wszystko…

Jeden, marny miesiąc to przecież niedługo. Zniosłam już przecież rok…

„Do tego czasu dojdę do siebie, aby Leoś nie musiał oglądać mnie całej zapłakanej jeżeli wróci wcześniej”- pomyślałam w duchu, szeroko się już uśmiechając.

Spojrzałam za okno. Wspaniale! Z tego całego smutku nie zauważyłam, kiedy zdążyło się rozpogodzić! Tak jakby to mój entuzjazm i chęć do życia, która wróciła po roku, sprawiły, że chmury rozwiały się i całkowicie zniknęły z mojego życia. Miałam nadzieję, że raz na zawsze.

Złapałam za telefon i wykręciłam numer do mojej najlepszej przyjaciółki.

- No heeej, Su!-  wykrzyknęłam radośnie do słuchawki.

- Ojej, Daisy… To naprawdę ty?- spytała z niedowierzaniem- Tak dawno się nie odzywałaś! Co się stało?

Tak, racja. Przez cały rok nikomu nie powiedziałam co się ze mną stało. O mojej depresji wiedziała tylko moja rodzina i bliscy Leo. Stwierdziłam, że rozmowa o rozstaniu tylko mnie bardziej dobije. Teraz widzę, jak bardzo się myliłam. Przez to, że nikomu się nie wyżaliłam, wpadałam w coraz większy dół. Można by rzec, że sama się w nim zakopywałam.

- Nic takiego się nie stało…

-NIC?? Przez rok nie miałam pojęcia co się z tobą dzieje! Nie dawałaś żadnych oznak życia!- tym razem to ona krzyczała.

Pewnie Was to zdziwi, ale chociaż jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, mieszkamy daleko od siebie. Na tyle daleko, aby po tygodniu zastawania pustego domu, otrzymać od rodziców szlaban na odwiedziny.

- Kochana, masz czas? A raczej DUŻO czasu?- zapytałam- Wszystko ci wyjaśnię.- zebrałam się w końcu na odwagę i powiem Susane co się stało.

- Pewnie! Dla ciebie zawsze.- odparła. Chociaż dzieliło nas dużo kilometrów, doskonale wiedziałam, że na jej twarzy widnieje teraz szeroki i bardzo szczery uśmiech.

Pożegnałyśmy się. Szybko się rozłączyłam, aby nie tracić już więcej cennego teraz czasu. Mam do nadrobienia zaległości we wszystkim. Odnoszę wrażenie, że przez ostatni rok nie istniałam. Zachowywałam się jak zombie i nic pożytecznego nie zrobiłam. Muszę się zrehabilitować i szybko to zmienić! Teraz wiem, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych! Wystarczy mi tylko trochę optymizmu…

~ Sora