piątek, 26 września 2014

Rozdział 3 ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony & Sora

Rozdział 3. "Pierwsze lekcje latania na miotle i talent bliźniaków"
 
 


   - Lucy! - usłyszałam głos mojej przyjaciółki. Uczyłam się właśnie wszystkich dat na Historię Magii. Odwróciłam się i zobaczyłam Alison i bliźniaków zmierzających w moim kierunku. Ali miała włosy związane w kok. Oczy jej błyszczały, a usta wygięły się w wielki uśmiech. Chłopcy szli za nią, ale nie wyglądali tak jak zwykle...
- Eric! - krzyknęłam na jego widok, oczywiście bibliotekarka od razu mnie upomniała. - Myślałam, że masz ciemne włosy - dodałam już ciszej. Chłopak zarumienił się i przeczesał włosy palcami, a one zmieniły kolor na piaskowy i z powrotem na czarny.
- Jeszcze nad tym nie panuję - przyznał.
- Eric jest metamorfomagiem - oznajmił Josh i popatrzył na brata z lekką zazdrością. - Ja niestety nie odziedziczyłem tej zdolności.
- Taaak - Eric przeciągnął słowo. - Ty za to odziedziczyłeś rodzinne poczucie humoru - bliźniacy popatrzyli na siebie i wybuchnęli śmiechem zmieniając przy tym kolor włosów na niebieski. Przez ten nagły napad wesołości musieliśmy opuścić bibliotekę.
- Muszę Ci powiedzieć, Josh, że przez chwilę Ci wierzyłam - powiedziałam, do chłopaka, a potem zwróciłam się do Alison. - Ale kolor włosów chłopaków nie był jedynym powodem oderwania mnie od nauki, prawda?
- Nieee... Chciałam Ci tylko powiedzieć, że od przyszłego tygodnia zaczynamy lekcje latania na miotle - odpowiedziała zarumieniona. Popatrzyłam na nich trochę zdziwiona, ale bardzo się ucieszyłam, kiedy to usłyszałam. W wakacje tata pozwalał mi i Luck'owi latać na miotle daleko od miasta, w lesie. Luck zabierał mnie żebym pomogła mu w treningach do szkolnych meczów Quidicha. Bardzo lubiłam latanie na miotle.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------


   Nareszcie nadszedł dzień, w którym zaczęliśmy lekcje Latania na miotle. Oczywiście większość uczniów radziła sobie naprawdę dobrze. Widać było, że mieli już kiedyś do czynienia z miotłami. Najlepiej radzili sobie Syriusz Black i James Potter. Wszyscy ich podziwialiśmy. Bliźniacy nie zostawali w tyle i cała czwórka dała nam niezły pokaz. Z dziewczyn byłam jedną z lepszych. Alison trenowała z rodzicami i dała mi parę cennych rad. Inni uczniowie próbowali nam dorównać. Nie mogę powiedzieć, że byli najgorsi. Nawet mugolaki, które nigdy nie miały w rękach latającej miotły poradziły sobie całkiem nieźle, jak na pierwszy raz. Na koniec lekcji pani profesor pochwaliła nas i poszliśmy na obiad. Jeszcze nigdy nie byłam tak głodna. Nałożyłam sobie porcję większą niż zwykle i po posiłku ledwo mogłam się ruszać.

- Ale się objadłem - oznajmił Josh, kiedy siedzieliśmy przy kominku w pokoju wspólnym i robiliśmy pracę domową. - Chyba nie dam rady zjeść kolacji. Czemu się tak na mnie dziwnie patrzycie? - zapytał, kiedy zobaczył nasze zdziwione miny.
- Chyba musisz zacząć uczyć się panowania nad metamorfomagią - powiedziała Ali wskazując na ucho chłopca. Wyrastał z niego bardzo długi siwy włos. Parsknęłam śmiechem. Josh zarumienił się i włos zmienił kolor na czarny i zaczął się kurczyć.
- Chodź - powiedział Eric do brata. - Pójdziemy do profesor McGonagall.
- On ma racje - powiedziałam. - Powinniście ją poinformować o waszym talencie i poprosić o pomoc w zrozumieniu go.
- Tak, tak chodźmy - przytaknął Josh i razem z bratem ruszyli do obrazu Grubej Damy. Kiedy zniknęli po drugiej stronie usłyszałam pukanie w okno. Zobaczyłam, że za szybą siedzi szary puchacz. Jakiś chłopak otworzył okno i sowa wleciała do pokoju. Usiadła koło mnie i wyciągnęła nóżkę. Był to Remi, nasz rodzinny puchacz. Miał mądre, kasztanowe oczy. Bardzo go lubiłam. Do nogi miał przywiązany zwitek pergaminu. Odwiązałam go i Remi odleciał. List był napisany lekko koślawym pismem mojego ojca. Poznałam je od razu. A treść była następująca:

   Kochana Lucy!
        Razem z mamą wyjeżdżamy za granicę, do dziadków. Pragnę przypomnieć Ci o zbliżających się urodzinach babci. Myślę, że razem z bratem złożycie jej życzenia z okazji setnych urodzin. Nie           zawiedźcie mnie.
         Dawno nie pisaliście żadnego listu, napisz co u Ciebie. Jak Ci się podoba w szkole?        
         Jutro postaram się wysłać większą paczkę z niespodzianką. Spodziewaj się jej wieczorem.

    Całuję i pozdrawiam 
                                                       Twój kochany, 
                                                                                      TATA.

   Kiedy skończyłam czytać list złapałam się za głowę. Zapomniałam o urodzinach babci! Dobrze, że tata mi przypomniał. Muszę powiedzieć Luck'owi, żeby kupił coś ładnego, kiedy będzie znowu w Hogsmeade.
- Coś się stało? - zapytała Ali. Musiałam mieć dziwną minę. Popatrzyłam na nią z uśmiechem.
- Wszystko okej. Tata przypomniał mi tylko o urodzinach babci - oznajmiłam.
- Masz już prezent? Które to urodziny?
- Prezentu jeszcze nie mam - przyznałam. - Luck coś kupi w Hogsmeade, jak tam pójdzie. To są setne urodziny babci. Muszę Ci powiedzieć, że nieźle się trzyma - powiedziałam z dumą.
- Łał. Moi dziadkowie mają dopiero dziewięćdziesiąt.
- Nie ma wielkiej różnicy - świadczyłam i mrugnęłam do niej.
- Hmm... - zamyśliła się. - Jak tak teraz na to spojrzę. To chyba masz rację.
   Skończyłyśmy pracę domową i rozsiadłyśmy się na kanapie przed kominkiem. Ogień przyjemnie nas ogrzewał. Jakiś czas później dołączyły do nas Lily i Cornelia. Grałyśmy w eksplodującego durnia i patrzyłyśmy na wygłupy Blacka i Pottera. Czasem potrafili być zabawni.
   Kiedy na dworze zaczęło się robić ciemno, wszyscy Gryffoni poszli na kolację. Rozglądałam się za bliźniakami, ale nigdzie ich nie było. Zajęłyśmy z Ali nasze miejsca i napełniłyśmy talerze. Kiedy zaczęłam jeść przysiadł się do nas Luck z Marco. Przypomniałam bratu, żeby kupił prezent dla babci. Przyznał, że też zapomniał o święcie i obiecał, że na następnej wycieczce do Hogsmade kupi jakiś upominek.
- Tylko żeby nie było tandetne - powiedziałam mu. - To są wyjątkowe urodziny więc prezent też musi być wyjątkowy.
- Będę pamiętać - odpowiedział. - A gdzie są chłopcy?
- Poszli do profesor McGonagall - odpowiedziała Ali. - Chcieli poprosić ją o pomoc w rozwijaniu umiejętności metamorfomagicznych.
- Łał. Metamorfomadzy? - zaciekawił się Marco. - Zawsze im zazdrościłem. Jeden z moich kuzynów jest metamorfomagiem i zawsze mnie denerwuje, że co chwile ma inny kolor włosów.
- Ty nie masz innych problemów, stary? - zapytał Luck i zaśmiał się. W tym momencie do Wielkiej Sali weszli bliźniacy. Uśmiechnięci byli od ucha do ucha. Przy stole nauczycielskim pojawiła się profesor McGonagall.
- I jak było? - zapytała Ali, kiedy chłopcy usiedli i napełnili talerze. Obaj popatrzyli na siebie, potem na nas i zmienili nos w trąbę.
- Z tego wnioskuję, że było fajnie - oznajmiłam i wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Po kolacji poszliśmy do naszego pokoju wspólnego. Jak co wieczór graliśmy w różne gry. Bliźniacy pokazali nam czego się nauczyli i oświadczyli, że codziennie po lekcjach będą chodzić do profesor McGonagall na godzinę, żeby nauczyć się więcej.
- Czyli sami będziecie musieli robić zadania - oznajmiła Ali. Chłopcy popatrzyli na nią z przerażeniem. Szturchnęłam ją.
- To ty będziesz musiała sama rysować - odpowiedział Josh. Tym razem Ali była przestraszona.
- Ja tylko żartowałam! - odpowiedziała. - Będę wam pomagać.
- Ale się dałaś podejść - powiedziałam. - Przecież ja też nieźle maluję - popatrzyła na mnie jak na świra. Chłopcy w tym momencie przybijali piątkę i śmiali się na cały głos.
- Co tu tak wesoło? - zapytał Kali. Jasne włosy do ramion miał związane w kucyk. Niebieskie oczy mu błyszczały. Za nim szedł Matt. Był trochę zbyt wysoki jak na swój wiek. Miał brązowe włosy ścięte 'na jeża' i zielone oczy. Obaj chłopcy byli naprawdę bardzo fajni i zabawni.
- Cześć chłopaki - przywitaliśmy się z nimi.
- Myślałem, że już śpicie - powiedział Eric.
- Byliśmy w bibliotece - powiedział Matt. Popatrzyliśmy na nich zdziwieni.
- Przecież dzisiaj jest piątek - powiedział Josh. - Po co poszliście do biblioteki?
- Chcieliśmy zrobić pracę domową, ale potrzebne książki nie są już dostępne, bo inni uczniowie wypożyczyli - wyjaśnił Kali.
- Jak chcecie to my jeszcze nie zrobiliśmy więc możemy zrobić razem - zaproponowali bliźniacy.  Chłopcy zgodzili się i zabrali do pracy domowej. Ali i ja pomagałyśmy im.
   Nawet nie zauważyliśmy, kiedy zrobiło się całkiem ciemno.
- No dobra - powiedział Josh zwijając pergamin. - Nie mam ochoty siedzieć przy książkach. Może w coś pogramy?
- Dobry pomysł - przyznał Kali. - Może w eksplodującego durnia?
- To już jest nudne - powiedziałam. - Zagrajmy w coś innego. Na przykład w...
- W butelkę! - zawołała Ali. Wszyscy obecni w pokoju popatrzyli na nas zdziwieni. - No co się tak patrzycie? Mugole świetnie się przy tym bawią.
- Na czym to polega - zapytali bliźniacy. Ali cierpliwie wytłumaczyła cierpliwie zasady. Ktoś wykombinował plastikową butelkę. Kilku innych uczniów dołączyło do nas. Ali kręciła pierwsza i wylosowała mnie. Wybrałam wyzwanie.
- Hmm... - zastanawiała się dziewczyna. - Stań na rękach!
- Uff... Myślałam, że wymyślisz coś gorszego - odpowiedziałam. Znalazłam kawałek wolnego miejsca i wykonałam ćwiczenie, a potem zakręciłam butelką. Wypadło na jakiegoś chłopaka z piątej klasy. Miał na imię Simon. Miał piaskowe włosy z czarnymi końcówkami. Jego koledzy pozwolili mi wymyślić dla niego pytanie, a potem zakręcił. Dosiedli się do nas Luck i Marco oraz Potter, Black, Lupin i Pettigrew, którzy od jakiegoś tygodnia nazywani byli Huncwotami, bo strasznie psocili. Bawiliśmy się jak jeszcze nigdy. Kilku chłopców miało pocałować dziewczyny w policzek albo jakąś inną dziwną rzecz.
   Graliśmy bardzo długo, aż w końcu wszyscy zaczęli ziewać i prawie zasypiali. Postanowiliśmy, że skończymy grę i pójdziemy spać.
- Ale było ekstra - powiedziała Ali skacząc na łóżko. Prawie od razu zasnęła. Ja jeszcze chwilę patrzyłam na księżyc. Za kilka dni będzie pełnia. Nie pamiętam kiedy zasnęłam. Miałam naprawdę dziwny sen, którego rano już nie pamiętałam.

~ Moony

Kolejny rozdział, kiedy znajdę trochę czasu. oczywiście cały czas będę w trakcie pisania :D Skończyłam pisać inną opowieść i planuję ją tutaj udostępnić bo widzę, że Hogwart was nie porwał :). Zobaczymy, że to drugie was bardziej zainteresuje ;).
Do następnego razu :D Pozdrawiam.

AHA!! KOMENTUJCIE!

wtorek, 2 września 2014

Elo :)

Siemaneczko :) czekam na historię i siedzę sobie pod płakatem kobiety w czerni i czuję wzrok Daniela Radcliffa na sobie :) nie umiem się zmusić do poznania kogoś nowego, ale nie jest źle xd. A jak u was pierwszy dzień w szkole?
~ Moony

poniedziałek, 1 września 2014

Rozdział 1. ~Sora


Hejka, moi kochani!
Bardzo długo mnie nie było (mam nadzieję, że odpoczeliście trochę ode mnie C:)...
Moją nieobecność można w bardzo szybki sposób wyjaśnić... no... a więc... ehh...
Miałam bardzo silną... migrenę i dopiero dzisiaj wstałam z łóżka... <?>
- Tak, tak. Kłam dalej... ~Mello
- ... ~Sora
No, dobrze... Poprostu nie miałam ani grama weny...
Ale nie myślcie, że ten czas poszegł na marne! Oj nie, nie. Pod czas mojej nieobecności bardzo dużo myślałam nad opowiadaniem... W końcu doszłam do wniosku, iż mój styl pisania, znacznie różni się od stylu innych autorek na tym blogu. Jak by to powiedziać... Piszę bardzo sztywno (>-<). Bardzo za to przepraszam! Poprawię się!
Mam nadzieję, że kolejna część opowiadania Wam się spodoba, więc nie przeciągając...
Zapraszam do czytania! :3


Opowiadanie 1. "Jeszcze chwila i będziemy razem"
Rozdział 1. "Przebłyski optymizmu" część 1
Autor: ~Sora
Korekta: ~Sora (;-; Forever Alone ;-;)


…Właśnie miałam otworzyć drzwi i opuścić dom… Lecz gdy, stałam przy piwnicy (może kiedyś dowiecie się jak wygląda plan domu Daisy), poczułam dziwny chłód…
   Spojrzałam w dół i zauważyłam, iż nie mam na sobie spodni, a moja bluzka nie nadaje się do publicznego paradowania po mieście. Szybko pobiegłam na piętro, by założyć na siebie coś bardziej stosownego. Wybrałam zieloną sukienkę w żółte plamki i białe baleriny. Na ramię zarzuciłam moją ulubioną i z resztą jedyną torbę na długim pasku. Traktowałam ją jak mój podstawowy niezbędnik. Nabazgrałam wiadomość dla rodziców o moim wypadzie. Umieściłam ją na schodach, tak jak zwykle u mnie w domu jest to robione.
   Wybiegłam z domu. Otworzyłam bramę wjazdową i wsiadłam do stojącego na podjeździe mojego własnego (*-*), białego Jaguara [Chodziło mi o: Jaguar C-X16 Concept. Jakieś 30 minut próbowałam znaleźć jakiś fajny samochód w guglach i ten podoba mi się najbardziej :3). Byłam bardzo zamyślona. Głównie zastanawiałam się, gdzie mam się udać. Nie umówiłam się z Su w określonym miejscu. Postanowiłam pojechać do stadniny konnej, gdzie moja przyjaciółka udzielała lekcji jazdy. Chociaż ma zaledwie 15 lat, dostała pozwolenie na uczciwe zarabianie pieniędzy. Możliwe, że ludzie udzielili na to zgodę, z powodu jej trudnej sytuacji rodzinnej… Matka Su zmarła przy porodzie jej młodszej o 2 lata siostry, niestety dziecko również nie przeżyło. Dziewczynę wychowuje ojciec, który pracuje na siłowni (mam tam zniżkę :D). To właśnie tam poznałam Leo…
   Na autostradzie włączyłam radio. Z samochodowych głośników zaczęły wypływać przerywane i pojedyncze dźwięki. Zmieniłam stację na Radio Zet Gold. Już po chwili zaczęłam śpiewać i nie zwracając uwagi na trąbiący z tyłu samochód, rozpoczęłam swój „szaleńczy taniec” w rytm piosenki „Everybody”… Backstreet Boys-ów! Pewnie się nie spodziewaliście, ale to jest mój ulubiony boysband! (<3)
   Po około godzinie jazdy zaczęłam kojarzyć okolicę. Poznałam bogato zdobione domy i malownicze pola. Skręciłam w prawo. Teraz jechałam pustą o tej godzinie szosą [nie wiem, która godzina mogła być, ale możliwe, że obiadowa]. Po piętnastu minutach moim oczom ukazała się tablica informująca, że miejsca są tylko dla personelu. Niechętnie wycofałam samochód i znalazłam miejsca dla „zwykłych śmiertelników”…
   Już rok mnie tu nie było… Ehh… *sentymentalne westchnięcie* Rozejrzałam się w około. Niewiele się tu zmieniło. Przy ogrodzeniu rosły te same kwiaty, wejście jak zawsze znajdowało się w po drugiej stronie budynku… (-_-‘) [czytaj: Daisy jest leniem (like me) c;] Zawsze było tu tak pięknie… Całe pole na około stadniny należało do pana Martina Brown’a. ten mężczyzna z wielkim sercem, od zawsze działał na rzeczy dobroczynne. Mniej więcej przez to stał się na tyle bogaty, aby wybudować tak wielką stadninę. Rok temu wszyscy trąbili tylko o tym, że wziął za żonę jakąś rozwódkę z synem.
   „Ale… To na pewno były tylko plotki…”- pomyślałam.
   Pan Brown, był od nas tylko 10 lat starszy… I wręcz od zawsze podobał się Su. Jej nie chodziło o jego wielki majątek, lecz serce dla zwierząt. Mnie z resztą też trochę interesował, lecz starałam się tego nie pokazywać. W życiu nie chciałabym odbić chłopaka najlepszej przyjaciółce. Myślę, że Susane załamałaby się, gdyby te plotki okazały się prawdą…
   Zauważyłam przyjaciółkę siedzącą na rogu ławki. Była odwrócona do mnie tyłem, lecz przypuszczam, że ona również się nie zmieniła.
- Susane!- zawołałam przyjaźnie.
   Moja przyjaciółka wstała i podbiegła do mnie, aby dokładnie mnie wyściskać. Zauważyłam jej jak zwykle bladą skórę, i ciemne oczy, które wyrażały teraz sto emocji na sekundę. Pod jej lewą paczadełką widniał dobrze mi już znany pieprzyk, który miała od zawsze.  Niestety nie urosła, dalej miała zaledwie 165cm wzrostu. Zawsze, gdy gdzieś wychodziłyśmy, wyglądałam jak jej matka. Jedynej zmianie jaką udało mi się dostrzec uległy włosy. Wciąż były ognisto rude, lecz zamiast sięgać jej do pasa, sięgały teraz połowy ud.
- Jejku, Daisy! Dlaczego tak długo się nie odzywałaś?- zapytała ze strachem w oczach, z każdej strony dobrze mi się przyglądając- I w ogóle, to… zawsze przecież przyjeżdżasz tu z Leo…
   Najwidoczniej z mojej miny wywnioskowała, że coś jest między mną a moim chłopakiem nie tak, ponieważ szybko zamilkła i zaprosiła mnie do klapnięcia na ławkę. Po chwili wiedziała już wszystko. Siedziałyśmy w ciszy. Słychać było tylko trele ptaków i mój tłumiony szloch… Su jednak wiedziała jak mnie rozweselić, więc płakałam tylko chwilkę.
- Tak w sumie…- zaczęłam- to może podzieliłabyś się ze mną jakimiś nowinkami z pierwszej ręki, co?- dokończyłam z uśmiechem.
- No, pewnie! Ominęło cię dość sporo ciekawych zdarzeń…
   Susane była moją informatorką. Może i była nieśmiała, lecz bardzo dobrze obserwowała… zazwyczaj ludzi.
   Przyjaciółka w momencie zasypała mnie faktami typu: „Georg zszedł się w Christą…”, „Connie zerwał z Sashką dla Marco, lecz pocieszył ją Jean…” (tak to z SnK ^u^) lub „Otworzyli nową knajpkę z super przystojnym kelnerem…” ,itd.
-Susane! Su!- do moich uszu dotarł słodki głos pana Brown’a. Popatrzyłam w stronę, z którego dochodził.
   Ze stadniny wybiegł pan Martin, jak zwykle w swoim stroju jeździeckim. Właśnie teraz do mnie doszło… przecież on nigdy nie nazywał mojej przyjaciółki per „Su”…
- Susane, co tu robisz? Przecież masz dzisiaj wolne.
- Tak, tak… ale przyjechałam tutaj tylko na chwilkę. Już się zbieram.- odpowiedziała Su.
- Ale ja cię nie wyga…
- Do widzenia- warknęła Susane.

   Nawet nie wiem kiedy Su zdążyła złapać mnie za rękę i odciągnąć od Pana Martina.
- Daisy… mogłabyś z łaski swojej przestać się ślinić na widok do mojego szefa?- tym zdaniem wyrwała mnie z transu.
   „Jak mogłabym zrobić coś takiego Leo?”- pomyślałam łkając w duszy.
Popatrzyłam  na nią błagalnym wzrokiem, moich zielonych oczu. Widziałam, że zrozumie wiadomość.
- Ehhh…- westchnęła- Chodzi ci o jego „boskie ciało” w tym super stroju, prawda?- zadając pytanie położyła swoje ręce na biodrach.
-  Oh, jak ty mnie dobrze znasz…- szeroko się do niej uśmiechnęłam pokazując swoje proste ząbki…

Ten rozdział został podzilony na dwie części, ponieważ jest za długi, na jeden raz.
Kolejna część pojawi się niebawem.
Chociaż... może mały szantarzyk...? (^u^) Zostanie ona opublikowana, gdy... pod tym postem pojawią się 2 komentarze... :D
- I tak nikt tego nie czyta... ;_; ~Mello
- Nie prawda! Przecież już ponad 200 wejść! :D
Bardzo serdecznie dziękujemy! Kochamy Was! >3<

~Wasza kochana, Sora-chan :3

Siemanko

Cześć. Co tam u was? Jak pierwszy dzień w szkole? Pochwalcie się :) do której teraz klasy poszliscie? Ja do pierwszej liceum i powiem wam że było dziwnie O.o. Nie podoba mi się ilość lekcji w jednym dniu, ale co poradzę...
~ Moony