Nie wiem czy wiecie, ale założyłam bloga, na którym możecie przeczytać tylko moje opowiadanie, ponieważ tu miałam pewne ograniczenia. Tu macie linka do mojego własnego bloga:
http://wilcze--opowiesci.blogspot.com
Pozdrawiam serdecznie Moony.
piątek, 8 maja 2015
sobota, 4 kwietnia 2015
Rozdział 6 ~ Moony
No to mamy kolejny rozdział, zapraszam do czytania. :)
Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony
Rozdział 6. "To pułapka!"
Kiedy stanęliśmy na podjeździe pod domem, zaczął padać śnieg. Był bardzo gęsty. W drzwiach stanęła mama. Włosy miała dłuższe niż ostatnim razem, kiedy ją widziałam. Przywitała nas radośnie. Już od progu można było się domyślić co przygotowała na obiad. Wyczułam lazanie z ziemniaków i zupę ogórkową.
- Pójdę się przebrać – powiedziałam i poszłam na górę, do swojego pokoju. Na ścianach wisiały zdjęcia, które zrobiłam razem ze swoimi przyjaciółmi. Popatrzyłam na jedno z nich. Staliśmy tam wszyscy: Ali, bliźniacy i ja. Było to zdjęcie z piątej klasy, czyli ostatniej, w której był z nami Eric. Fotografia została zrobiona na błoniach, w tle widać Zakazany Las. W oczach pojawiły się łzy. Poczułam, że muszę odnaleźć tego, kto zabił mojego przyjaciela. Teraz wiedziałam, jak czuł się Josh.
Przebrałam się w spodnie z dresu i trochę za dużą bluzę, którą dostałam od dziadków dwa lata temu. Rodzice i Ali siedzieli już przy stole. Mama właśnie nalewała zupę do mojego talerza. Ściągnęła fartuszek, w którym nas przywitała. Miała na sobie zielony świąteczny sweter i sztruksowe spodnie.
- Jak w szkole, dziewczynki? - zapytał tata. Wymieniłyśmy z Alison spojrzenia. Nie wiedziałam czy mogę im powiedzieć co się dzieje. Nie miałam pojęcia, czy Luck ich informował, ale chyba coś mówił, skoro zakazali mi o tym mówić.
- Josh pojechał na święta do swoich dziadków – powiedziałam wreszcie.
- Mówiłaś, że zaginął – zdziwiła się mama. Przełknęłam gorącą zupę. Wydawało mi się, że ich informowałam.
- Z tych nerwów, zapomniałam wam wysłać list – odpowiedziałam lekko speszona.
- Może i lepiej, że nie pisałaś – odpowiedział tata. - Nie wiadomo, czy ktoś nie przechwytuje sów i nie czyta prywatnej korespondencji.
- A to nie jest zabronione? To jest naruszanie prawa – odezwała się moja przyjaciółka. Ojciec oderwał na chwilę od talerza z zupą i popatrzył na Ali i na mnie.
- Na dzień dzisiejszy nikt nie patrzy, jakie prawa panują na świecie. Prawa Człowieka są łamane – westchnął i wrócił do jedzenia. Do końca posiłku panowała cisza.
Kiedy po obiedzie poszłyśmy z Ali do mojego pokoju, na parapecie siedziała biała sowa. Wpuściłam ją do środka. Do nóżki miała przyczepiony kawałek papieru. Kiedy odwiązałam pergamin ptak odleciał.
- Od Josha? - zapytała Alison. Miałam nadzieję, że to od Josha, kiedy spojrzałam na tekst, poznałam zamaszyste pismo Syriusza.
Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony
Rozdział 6. "To pułapka!"
Kiedy stanęliśmy na podjeździe pod domem, zaczął padać śnieg. Był bardzo gęsty. W drzwiach stanęła mama. Włosy miała dłuższe niż ostatnim razem, kiedy ją widziałam. Przywitała nas radośnie. Już od progu można było się domyślić co przygotowała na obiad. Wyczułam lazanie z ziemniaków i zupę ogórkową.
- Pójdę się przebrać – powiedziałam i poszłam na górę, do swojego pokoju. Na ścianach wisiały zdjęcia, które zrobiłam razem ze swoimi przyjaciółmi. Popatrzyłam na jedno z nich. Staliśmy tam wszyscy: Ali, bliźniacy i ja. Było to zdjęcie z piątej klasy, czyli ostatniej, w której był z nami Eric. Fotografia została zrobiona na błoniach, w tle widać Zakazany Las. W oczach pojawiły się łzy. Poczułam, że muszę odnaleźć tego, kto zabił mojego przyjaciela. Teraz wiedziałam, jak czuł się Josh.
Przebrałam się w spodnie z dresu i trochę za dużą bluzę, którą dostałam od dziadków dwa lata temu. Rodzice i Ali siedzieli już przy stole. Mama właśnie nalewała zupę do mojego talerza. Ściągnęła fartuszek, w którym nas przywitała. Miała na sobie zielony świąteczny sweter i sztruksowe spodnie.
- Jak w szkole, dziewczynki? - zapytał tata. Wymieniłyśmy z Alison spojrzenia. Nie wiedziałam czy mogę im powiedzieć co się dzieje. Nie miałam pojęcia, czy Luck ich informował, ale chyba coś mówił, skoro zakazali mi o tym mówić.
- Josh pojechał na święta do swoich dziadków – powiedziałam wreszcie.
- Mówiłaś, że zaginął – zdziwiła się mama. Przełknęłam gorącą zupę. Wydawało mi się, że ich informowałam.
- Z tych nerwów, zapomniałam wam wysłać list – odpowiedziałam lekko speszona.
- Może i lepiej, że nie pisałaś – odpowiedział tata. - Nie wiadomo, czy ktoś nie przechwytuje sów i nie czyta prywatnej korespondencji.
- A to nie jest zabronione? To jest naruszanie prawa – odezwała się moja przyjaciółka. Ojciec oderwał na chwilę od talerza z zupą i popatrzył na Ali i na mnie.
- Na dzień dzisiejszy nikt nie patrzy, jakie prawa panują na świecie. Prawa Człowieka są łamane – westchnął i wrócił do jedzenia. Do końca posiłku panowała cisza.
Kiedy po obiedzie poszłyśmy z Ali do mojego pokoju, na parapecie siedziała biała sowa. Wpuściłam ją do środka. Do nóżki miała przyczepiony kawałek papieru. Kiedy odwiązałam pergamin ptak odleciał.
- Od Josha? - zapytała Alison. Miałam nadzieję, że to od Josha, kiedy spojrzałam na tekst, poznałam zamaszyste pismo Syriusza.
Jesteśmy na
miejscu. Nie wiem czy rodzice Josha zawsze są tacy dziwni, ale cały
czas mi się przyglądają. Jego potraktowali dość oschle, kiedy
zapytał jak udało im się uciec. Nawet moi okazali by trochę serca
i mnie przytulili… On mówi, że wszystko jest w porządku. Jego
dziadkowie są spoko. Jakby coś było nie tak poinformuję was.
Wasz wspaniały Łapa
Popatrzyłam na Ali. Ona wpatrywała się w treść listu.
- Nawet go nie przytulili?! - powiedziała z niezadowoleniem. Położyłam pergamin na biurku. Nie chciało mi się wierzyć, żeby rodzicie tak się zachowywali, po porwaniu przez Śmierciożerców. Moi na pewno nie pojechaliby do dziadków, nie wysłali by do mnie listu. Nie dali by znaku życia, żeby mnie nie narażać.
- Nie wiem, czy Josh dobrze zrobił, że pojechał na święta do dziadków. Boję się o niego.
- Myślisz, że powinniśmy kogoś poinformować? - moja przyjaciółka usiadła na moim łóżku i wpatrywała się w zdjęcie z piątej klasy, w to samo co wcześniej ja. Kiedy siedziałyśmy w ciszy i zastanawiałyśmy się co robić. Usłyszałam, że ktoś puka do drzwi wejściowych.
- Lucy! - wołał ktoś z dołu. - Mam dobre wieści!
- Luck! - zawołałam, kiedy zeszłam na dół, za mną zeszła Alison. Mój brat miał rękę na temblaku i podbite oko, ale był rozpromieniony i zadowolony.
- Wczoraj pozwolili mi iść na poszukiwania rodziców Twojego kolegi, bo mieli trop. Okazało się, że był dobry. Voldemort gdzieś się ukrył i nie było go na miejscu więc szybko poszło. Musieliśmy się przebić przez wielu Śmierciożerców – pokazał na swoje oko i na rękę i kontynuował. - Kiedy już ich pokonaliśmy udało nam się uwolnić tych niewinnych ludzi. Zabraliśmy ich do Ministerstwa, a potem zabrali ich do Świętego Munga. Czemu masz taką minę? - zaniepokoił się Luck. Niestety nie mogłam mu odpowiedzieć, bo straciłam przytomność.
Przed oczami stanął mi Josh, był przerażony. Miał zaklejone usta i był związany. Siedział w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Kolejny obraz jaki się pojawił to zakneblowany Syriusz. Widziałam jak się szamotał. Jego twarz była mokra od potu. Potem zobaczyłam, że moi przyjaciele razem siedzą w ciemnym pomieszczeniu.
Kiedy otworzyłam oczy, wokół mnie panowała ciemność. Kiedy się rozejrzałam poznałam mój pokój. Zegarek na szafeczce nocnej pokazywał trzecią w nocy. Musiała zemdleć i do tej pory się nie obudziłam. Obok mojego łóżka na materacu spała Alison. Nie wiem, kiedy ponownie udało mi się zasnąć, ale cały czas śniły mi się koszmary.
Chłopak, obudził się z dziwnego snu. Strasznie bolała, go głowa. Nie mógł poruszyć rękami. Dopiero, kiedy doszedł do siebie i na chwilę udało mu się powstrzymać zawroty głowy, zobaczył gdzie jest. Był przywiązany do krzesła, które ktoś postawił w piwnicy jego dziadków. Nie potrafił sobie nic przypomnieć. Próbował się uwolnić z więzów, ale były mocno zawiązane.
- Już próbowałem, koleś co je wiązał, zna się na węzłach – powiedział ktoś za nim.
- Łapa? - zdziwił się chłopak. Próbował się odwrócić, ale nie zobaczył twarzy przyjaciela, tylko potargane czarne włosy.
- A myślisz, że kto inny? - zaśmiał się Syriusz. - Mamy szczęście, że nas nie zabili. Ah… Lucy miała przeczucie.
- Taa… Trzeba jej było posłuchać… - westchnął i wbił wzrok w ścianę. - Co się właściwie stało?
- Co pamiętasz? - odpowiedział pytaniem Łapa. Josh zastanowił się chwilę.
- Dworzec, mojego ojca. Kazał nam iść do samochodu, był jakiś inny niż zawsze, ale myślałem, że to z nerwów, że ktoś nas zobaczy. Remus, jakiś czas temu poszedł ze swoim ojcem. Kiedy przyjechaliśmy do domu, napisałeś do Lucy. Dziadkowie dali nam jeść, potem… - chłopak zamilkł. - Nie pamiętam co działo się po posiłku… Moja głowa!
- Kiedy szliśmy do sypialni, w której mieliśmy spać, twoja matka walnęła Cię w głowę, ale widziałem, że już nie za bardzo przypomina Twoją mamę. Potem walnęli mnie, ale nie tak mocno, jak ciebie.
- Ile byłem nieprzytomny?
- Nie wiem, która teraz jest godzina, ale podejrzewam, że kilka godzin. A teraz myśl jak się stąd wydostać… - potem dodał. - Fajnie by było gdyby znaleźli Twoich prawdziwych rodziców…
- Nawet nie wiesz jak bardzo tego chcę… - Josh miał ogromną nadzieję, że gdy rodzice zostaną uratowani, ktoś szybko zorientuje się, że Syriusz i on są w niebezpieczeństwie.
Kiedy przez niewielkie okienka, do pomieszczenia zaczęło wpadać poranne światło, chłopcy usłyszeli, że ktoś schodzi do nich po schodach. Mężczyzna miał na sobie czarną szatę, na głowę narzucony kaptur i maskę Śmierciożercy na twarzy. Stanął przed Joshem i chwilę mu się przyglądał. Potem podszedł do Syriusza.
- Nadawałbyś się – odezwał się oschle Śmierciożerca. Josh zdał sobie sprawę, że już kiedyś słyszał ten głos, ale nie wiedział kiedy i nie potrafił sobie przypomnieć do kogo należał.
- Odwal się, śmierdzielu – warknął Łapa. Sługa Voldemorta zaśmiał się i uderzył chłopaka w twarz.
- Zadziorny, ale już za niedługo nie będziesz taki cwany – po tych słowach zostawił przyjaciół samych. Josh słyszał, jak Syriusz klenie pod nosem.
- Cholerni Śmierciożercy! - Łapa był bardzo zły. - Josh, wysil się i pomóż mi wymyślić, jak się stąd wydostać...!
Dajcie znać czy się podobało.
Kiedy przeczytałam komentarz Neroi, pomyślałam, że mogę spróbować wskrzesić Eric'a (albo zapobiec jego śmierci). Ale żeby to zrobić potrzebuję waszego zdania w tej kwestii. KOMENTOWANIE MOTYWUJE! :D
Do następnego rozdziału.
~ Moony
wtorek, 17 marca 2015
Rozdział 5 ~ Moony
Witam :)
Mam przyjemność zaprezentować kolejny "magiczny"rozdział. Wybaczcie za taki długi przestój, ale straciłyśmy zapał (nie komentujecie...). Moony zapał odzyskała *kłania się* i będzie dalej pisać. Soooo.... Życzę miłego czytania :)Zapraczam :D
Dedykuję ten rozdział NarCyzi. Twój komentarz spowodował, że odzyskałam chęci. Dziękuję i pozdrawiam ;*
Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony
Rozdział 5. "Wszystko idzie nie tak!"
Josh siedział nad pustym talerzem i nic nie mówił. Od tygodnia znowu chodził z nami na lekcje, ale widziałam, że na nich nie uważa. Był na mnie zły, że powiedziałam nauczycielom co się stało. Profesorowie sami postanowili zająć się sprawą, poinformowali też Ministerstwo. Prawie codziennie dostaję list od mojego brata. Rodzice zakazali mu cokolwiek mi mówić, ale on ich nie słucha. "Jestem dorosły i czuję, że masz prawo wiedzieć, co się dzieje" napisał w jednym z listów.
Poczułam, że ktoś mnie szturcha. Rozejrzałam się, do Wielkiej Sali właśnie wleciały sowy z pocztą. Wypatrywałam sowy mojego brata. Nadleciała, list upuściła na mój talerz i usiadła mi na ramieniu. Otworzyłam kopertę i przeczytałam:
Wszystko idzie nie tak! Wykluczyli mnie! Powiedzieli, że za bardzo się angażuję w tą sprawę. Teraz muszę siedzieć w biurze. Nie wiem co zrobię, ale coś wymyślę, żeby mnie zabrali na poszukiwania. Mam nadzieję, że u was wszystko dobrze. Puki w szkole jest Dumbledore nic wam nie grozi. Pozdrów przyjaciół. Do zobaczenia. Kocham Cię.
Luck
Mam przyjemność zaprezentować kolejny "magiczny"rozdział. Wybaczcie za taki długi przestój, ale straciłyśmy zapał (nie komentujecie...). Moony zapał odzyskała *kłania się* i będzie dalej pisać. Soooo.... Życzę miłego czytania :)Zapraczam :D
Dedykuję ten rozdział NarCyzi. Twój komentarz spowodował, że odzyskałam chęci. Dziękuję i pozdrawiam ;*
Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony
Rozdział 5. "Wszystko idzie nie tak!"
Josh siedział nad pustym talerzem i nic nie mówił. Od tygodnia znowu chodził z nami na lekcje, ale widziałam, że na nich nie uważa. Był na mnie zły, że powiedziałam nauczycielom co się stało. Profesorowie sami postanowili zająć się sprawą, poinformowali też Ministerstwo. Prawie codziennie dostaję list od mojego brata. Rodzice zakazali mu cokolwiek mi mówić, ale on ich nie słucha. "Jestem dorosły i czuję, że masz prawo wiedzieć, co się dzieje" napisał w jednym z listów.
Poczułam, że ktoś mnie szturcha. Rozejrzałam się, do Wielkiej Sali właśnie wleciały sowy z pocztą. Wypatrywałam sowy mojego brata. Nadleciała, list upuściła na mój talerz i usiadła mi na ramieniu. Otworzyłam kopertę i przeczytałam:
Wszystko idzie nie tak! Wykluczyli mnie! Powiedzieli, że za bardzo się angażuję w tą sprawę. Teraz muszę siedzieć w biurze. Nie wiem co zrobię, ale coś wymyślę, żeby mnie zabrali na poszukiwania. Mam nadzieję, że u was wszystko dobrze. Puki w szkole jest Dumbledore nic wam nie grozi. Pozdrów przyjaciół. Do zobaczenia. Kocham Cię.
Luck
Zmartwiłam się. Luck był jedynym źródłem informacji. Remus zauważył, że coś jest nie tak i wyjął mi list z ręki. Kiedy przeczytał, włożył go do kieszeni spodni. Dobrze zrobił, nie chciałam martwić przyjaciół. Popatrzyłam na moich towarzyszy. Mieli ponure miny. Nawet Rogacz i Łapa, co nie jest często spotykane.
- Zjedz coś - powiedziała Lily i podała Josh'owi chleb. Chłopak popatrzył na nią nieprzytomnie i pokręcił głową. Chcieliśmy aby nabrał ciała, bo był strasznie chudy.
- Musisz coś jeść - powiedział mu Glizdogon. - Jeśli nie będziesz jadł, nie pokonasz Czarnego Pana.
- Peter, Czarnego Pana? - zdziwił się Łapa. Młodzieniec wystraszył się i szybko powiedział:
- Tak jakoś mi się powiedziało.
- Lepiej, żeby Ci się już przypadkiem nie mówiło - powiedział ze spokojem Remus. - Voldemort jest wrogiem, a nie panem.
Po śniadaniu poszliśmy do Pokoju Wspólnego. Mieliśmy dzisiaj na później. Huncwoci wygonili jakieś młodsze dzieciaki z kanapy przy kominku i usiedliśmy. Josh nie odzywał się. Przyglądałam mu się, ale nie patrzył na mnie. Był obrażony.
- Nie lubię bezczynnie siedzieć... - odezwał się Łapa. - A poza tym mina Josha zaczyna mnie dołować.
- Sorry... - mruknął Josh. - Gdybyście nie mówili nic profesorom, już bym ich dorwał.
- To po co tu przychodziłeś? - zapytałam. Nie wiedziałam, dlaczego miał do mnie pretensje. Chciałam mu pomóc.
- Chciałem Ci powiedzieć. Myślałem, że należy Ci się jakieś wyjaśnienie - powiedział cicho chłopak. - Potem chciałem iść i odszukać moich rodziców.
- Sam? - James wydał się rozbawiony. - Sam pokonać Śmierciożerców? A potem Tego - Którego - Imienia - Nie - Wolno - Wymawiać?!
- Chcę tylko uratować rodziców - odpowiedział Josh. - I może kiedyś pomścić brata.
W Pokoju było cicho, w kominku palił się ogień. Było przyjemnie ciepło. Za oknem zaczął padać śnieg. Nie mieliśmy ochoty rozmawiać, każdy pogrążył się w swoich myślach. Zaczęłam wspominać pierwsze lata w Hogwarcie. Jak poznałam bliźniaków i Alison. Pierwsze kawały Huncwotów. Wszystkie te lata były beztroskie i przyjemne.
- Hej, wy! - krzyknął do nas jakiś chłopak. - Czy wy wiecie, która jest godzina?! Zaraz zacznie się lekcja!
- Nie drzyj się chłopie - powiedziała Lily. Wzięliśmy swoje plecaki i poszliśmy na lekcję transmutacji. Josh był na tych lekcjach trochę bardziej skupiony niż na innych. Usiedliśmy na końcu klasy niedaleko siebie. Josh siedział sam (zawsze siedział ze swoim bratem). Pani profesor zaczęła lekcję. Nie byłam skupiona. Parę razy udało mi się zmienić moją sowę w kielich, ale nie o to chodziło na tej lekcji.
- Josh - zatrzymała nas McGonagall, kiedy wychodziliśmy z klasy, po lekcji. - Zapraszam Cię dzisiaj. Poćwiczymy twoje przemiany.
- Dziękuję pani profesor, ale nie przyjdę - odpowiedział chłopak. - Te lekcje to była przyjemność i wspaniała zabawa, ale bez Eric'a to nie będzie to samo. Nie umiem się skupić więc to nie wyjdzie.
- Rozumiem, ale musisz ćwiczyć, żeby nie wyjść z wprawy.
- Może innym razem, proszę pani - Josh uśmiechnął się smutno i poszliśmy na obiad.
Josh zjadł niewielką porcję. Uśmiechnęłam się w duchu, bo to znaczyło, że zaczyna odzyskiwać pewność siebie. Po obiedzie były eliksiry. "Wspaniale panno Evans!" "Snape świetna robota!" co jakiś czas mówił profesor Slughorn. Lily pomagała Jamesowi, ale jego profesor nie chwalił. Widziałam, że Josh stara się skupić i stworzyć dobry eliksir.
Po eliksirach poszliśmy na Obronę Przed Czarną Magią. Byłam w parze z Joshem. Parę razy udało mi się go pokonać, ale nadal był lepszy ode mnie, mimo tego, że cały czas był zamyślony.
- Miło patrzeć, jak odzyskujesz apetyt - powiedział Remus, pewnego wieczoru podczas kolacji, kiedy Josh zjadł dużą porcję i nakładał sobie więcej. Chłopak lekko się uśmiechnął. Jego skóra nabrała naturalny kolor. Na twarzy miał rumieńce.
- Dostałem, dzisiaj rano, list od ojca - powiedział Josh. - Napisał, że jest u moich dziadków, razem z mamą.
- Udało im się uciec? - James zakrztusił się sokiem z dyni. Josh wzruszył ramionami.
- Nie wiem, dlatego święta planuję spędzić u dziadków.
- Mogę jechać z tobą? - zapytał Syriusz. Nie lubił wracać do domu. Święta spędzał w szkole albo z James'em u jego rodziców.
- Chciałem załatwić to sam, ale jeśli chcesz jechać ze mną. Miło mi będzie, jak ktoś z moich przyjaciół tam ze mną będzie.
- To super - ucieszył się Łapa. - Rogaczu, niestety w tym roku nie będę Ci towarzyszył.
- Nie martw się, będę miał towarzystwo - James spojrzał na Lily i pocałował ją w policzek.
Tydzień przed świętami był zadziwiająco spokojny. Profesorowie trochę odpuścili, ale nadal byli wymagający. Kiedy wreszcie nadszedł dzień wyjazdu do domu, wszyscy byli szczęśliwi, nawet Josh.
- A jeśli to jest pułapka? - powiedział Syriusz, kiedy jechaliśmy na stację.
- Boisz się ze mną jechać? - zapytał Josh. Łapa wzruszył ramionami. Włożył rękę do kieszeni i odetchnął. Rogacz mrugnął do niego.
- Jakby coś było nie tak - odezwała się Ali. - W tym roku spędzam święta z Lucy.
- Czyli jesteśmy w jednym domu po dwie osoby - podsumowała Lily. - To dobrze, nikt nie zostanie pominięty.
- Ja jestem sam - stwierdził Peter. - Remus też będzie sam.
- Lepiej żebym z nikim nie spędzał świąt... - powiedział Remus. Siedział skulony. - W święta wypada pełnia. Nie będę wam mógł pomóc.
- Mów ciszej - upomniał go Rogacz. Uczniowie przed nami odwrócili się i patrzyli na nas podejrzliwie. - Chyba, że chcesz żeby każdy dowiedział się o twoim futerkowym problemie.
W pociągu znaleźliśmy wolny przedział i całą drogę planowaliśmy co zrobimy, gdy list od ojca Josha okaże się pułapką.
- Dobrze, że nabrałeś sił, Josh - powiedziałam. - Jestem trochę spokojniejsza.
- Nie martw się, Lucy. Nic mi nie będzie - odpowiedział. Uśmiechał się. - A tak poza tym, przepraszam za moje zachowanie. Nie powinienem był Cię tak traktować.
- Nie masz za co przepraszać - odpowiedziałam. Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Wyciągnął do mnie ręce. Przytuliłam go. Miał mocny uścisk. Walka wręcz nie powinna być dla niego trudnością, ale czarodzieje wolą używać czarów... [;_;]
Na peronie czekał na mnie ojciec. Ucieszyłam się na jego widok. Nidzie nie widziałam mojego brata, podobno został wezwany do Ministerstwa.
- Jeśli będzie coś nie tak - powiedziałam do Josh'a. - Masz do nas napisać.
- Obiecuję - odpowiedział mój przyjaciel.
- Jeśli nie będzie chciał pisać - odezwała się Alison. - Łapa nas poinformuje.
- Nawet jeśli będzie mi groził - obiecał Syriusz. Wiedziałam, że mogę mu ufać. Jeśli chodziło o bezpieczeństwo przyjaciela, robił wszystko alby go uratować.
Nie mogliśmy doczekać się na kogoś od Josh'a. Zaczęłam się denerwować. Peter, James i Lily już dawno pojechali. Uparłam się, że zaczekamy aż ktoś odbierze Josha.
- Lucy, mama czeka na nas w domu z posiłkiem - powiedział tata.
- To nie ma sensu, nie czekajcie - powiedział Josh. - Dam znać, jak będziemy w domu.
- Lucy - odezwał się Remus. - Zaczekam tu z nimi. Po mnie też nikt jeszcze nie przyjechał.
- Ale ty nie jesteś w takiej sytuacji, jak on! - powiedziałam to trochę głośniej niż chciałam. Remus podszedł do mnie i przytulił. Trochę się rozluźniłam, ale on niezbyt pomoże chłopakom. Ledwo trzymał równowagę, był blady, miał ciemne wory pod oczami.
- Teraz nic im się nie stanie - zauważyła Ali. - Nie zaatakują w pobliżu mugoli. Na razie im się nie przydamy.
W końcu dałam się namówić. Bałam się o przyjaciół. Bałam się, że już nigdy ich nie zobaczę...
Nie jest to jakiś tam genialny rozdział, ale postaram się następnym razem bardziej. Ten był taki na rozgrzewkę, po długiej przerwie. Dziękuję tym, którzy przeczytali do końca :)
Zachęcam do komentowania, to naprawdę motywuje.
Jeszcze raz dziękuję NarCyzi :D
~ Moony
- Zjedz coś - powiedziała Lily i podała Josh'owi chleb. Chłopak popatrzył na nią nieprzytomnie i pokręcił głową. Chcieliśmy aby nabrał ciała, bo był strasznie chudy.
- Musisz coś jeść - powiedział mu Glizdogon. - Jeśli nie będziesz jadł, nie pokonasz Czarnego Pana.
- Peter, Czarnego Pana? - zdziwił się Łapa. Młodzieniec wystraszył się i szybko powiedział:
- Tak jakoś mi się powiedziało.
- Lepiej, żeby Ci się już przypadkiem nie mówiło - powiedział ze spokojem Remus. - Voldemort jest wrogiem, a nie panem.
Po śniadaniu poszliśmy do Pokoju Wspólnego. Mieliśmy dzisiaj na później. Huncwoci wygonili jakieś młodsze dzieciaki z kanapy przy kominku i usiedliśmy. Josh nie odzywał się. Przyglądałam mu się, ale nie patrzył na mnie. Był obrażony.
- Nie lubię bezczynnie siedzieć... - odezwał się Łapa. - A poza tym mina Josha zaczyna mnie dołować.
- Sorry... - mruknął Josh. - Gdybyście nie mówili nic profesorom, już bym ich dorwał.
- To po co tu przychodziłeś? - zapytałam. Nie wiedziałam, dlaczego miał do mnie pretensje. Chciałam mu pomóc.
- Chciałem Ci powiedzieć. Myślałem, że należy Ci się jakieś wyjaśnienie - powiedział cicho chłopak. - Potem chciałem iść i odszukać moich rodziców.
- Sam? - James wydał się rozbawiony. - Sam pokonać Śmierciożerców? A potem Tego - Którego - Imienia - Nie - Wolno - Wymawiać?!
- Chcę tylko uratować rodziców - odpowiedział Josh. - I może kiedyś pomścić brata.
W Pokoju było cicho, w kominku palił się ogień. Było przyjemnie ciepło. Za oknem zaczął padać śnieg. Nie mieliśmy ochoty rozmawiać, każdy pogrążył się w swoich myślach. Zaczęłam wspominać pierwsze lata w Hogwarcie. Jak poznałam bliźniaków i Alison. Pierwsze kawały Huncwotów. Wszystkie te lata były beztroskie i przyjemne.
- Hej, wy! - krzyknął do nas jakiś chłopak. - Czy wy wiecie, która jest godzina?! Zaraz zacznie się lekcja!
- Nie drzyj się chłopie - powiedziała Lily. Wzięliśmy swoje plecaki i poszliśmy na lekcję transmutacji. Josh był na tych lekcjach trochę bardziej skupiony niż na innych. Usiedliśmy na końcu klasy niedaleko siebie. Josh siedział sam (zawsze siedział ze swoim bratem). Pani profesor zaczęła lekcję. Nie byłam skupiona. Parę razy udało mi się zmienić moją sowę w kielich, ale nie o to chodziło na tej lekcji.
- Josh - zatrzymała nas McGonagall, kiedy wychodziliśmy z klasy, po lekcji. - Zapraszam Cię dzisiaj. Poćwiczymy twoje przemiany.
- Dziękuję pani profesor, ale nie przyjdę - odpowiedział chłopak. - Te lekcje to była przyjemność i wspaniała zabawa, ale bez Eric'a to nie będzie to samo. Nie umiem się skupić więc to nie wyjdzie.
- Rozumiem, ale musisz ćwiczyć, żeby nie wyjść z wprawy.
- Może innym razem, proszę pani - Josh uśmiechnął się smutno i poszliśmy na obiad.
Josh zjadł niewielką porcję. Uśmiechnęłam się w duchu, bo to znaczyło, że zaczyna odzyskiwać pewność siebie. Po obiedzie były eliksiry. "Wspaniale panno Evans!" "Snape świetna robota!" co jakiś czas mówił profesor Slughorn. Lily pomagała Jamesowi, ale jego profesor nie chwalił. Widziałam, że Josh stara się skupić i stworzyć dobry eliksir.
Po eliksirach poszliśmy na Obronę Przed Czarną Magią. Byłam w parze z Joshem. Parę razy udało mi się go pokonać, ale nadal był lepszy ode mnie, mimo tego, że cały czas był zamyślony.
- Miło patrzeć, jak odzyskujesz apetyt - powiedział Remus, pewnego wieczoru podczas kolacji, kiedy Josh zjadł dużą porcję i nakładał sobie więcej. Chłopak lekko się uśmiechnął. Jego skóra nabrała naturalny kolor. Na twarzy miał rumieńce.
- Dostałem, dzisiaj rano, list od ojca - powiedział Josh. - Napisał, że jest u moich dziadków, razem z mamą.
- Udało im się uciec? - James zakrztusił się sokiem z dyni. Josh wzruszył ramionami.
- Nie wiem, dlatego święta planuję spędzić u dziadków.
- Mogę jechać z tobą? - zapytał Syriusz. Nie lubił wracać do domu. Święta spędzał w szkole albo z James'em u jego rodziców.
- Chciałem załatwić to sam, ale jeśli chcesz jechać ze mną. Miło mi będzie, jak ktoś z moich przyjaciół tam ze mną będzie.
- To super - ucieszył się Łapa. - Rogaczu, niestety w tym roku nie będę Ci towarzyszył.
- Nie martw się, będę miał towarzystwo - James spojrzał na Lily i pocałował ją w policzek.
Tydzień przed świętami był zadziwiająco spokojny. Profesorowie trochę odpuścili, ale nadal byli wymagający. Kiedy wreszcie nadszedł dzień wyjazdu do domu, wszyscy byli szczęśliwi, nawet Josh.
- A jeśli to jest pułapka? - powiedział Syriusz, kiedy jechaliśmy na stację.
- Boisz się ze mną jechać? - zapytał Josh. Łapa wzruszył ramionami. Włożył rękę do kieszeni i odetchnął. Rogacz mrugnął do niego.
- Jakby coś było nie tak - odezwała się Ali. - W tym roku spędzam święta z Lucy.
- Czyli jesteśmy w jednym domu po dwie osoby - podsumowała Lily. - To dobrze, nikt nie zostanie pominięty.
- Ja jestem sam - stwierdził Peter. - Remus też będzie sam.
- Lepiej żebym z nikim nie spędzał świąt... - powiedział Remus. Siedział skulony. - W święta wypada pełnia. Nie będę wam mógł pomóc.
- Mów ciszej - upomniał go Rogacz. Uczniowie przed nami odwrócili się i patrzyli na nas podejrzliwie. - Chyba, że chcesz żeby każdy dowiedział się o twoim futerkowym problemie.
W pociągu znaleźliśmy wolny przedział i całą drogę planowaliśmy co zrobimy, gdy list od ojca Josha okaże się pułapką.
- Dobrze, że nabrałeś sił, Josh - powiedziałam. - Jestem trochę spokojniejsza.
- Nie martw się, Lucy. Nic mi nie będzie - odpowiedział. Uśmiechał się. - A tak poza tym, przepraszam za moje zachowanie. Nie powinienem był Cię tak traktować.
- Nie masz za co przepraszać - odpowiedziałam. Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Wyciągnął do mnie ręce. Przytuliłam go. Miał mocny uścisk. Walka wręcz nie powinna być dla niego trudnością, ale czarodzieje wolą używać czarów... [;_;]
Na peronie czekał na mnie ojciec. Ucieszyłam się na jego widok. Nidzie nie widziałam mojego brata, podobno został wezwany do Ministerstwa.
- Jeśli będzie coś nie tak - powiedziałam do Josh'a. - Masz do nas napisać.
- Obiecuję - odpowiedział mój przyjaciel.
- Jeśli nie będzie chciał pisać - odezwała się Alison. - Łapa nas poinformuje.
- Nawet jeśli będzie mi groził - obiecał Syriusz. Wiedziałam, że mogę mu ufać. Jeśli chodziło o bezpieczeństwo przyjaciela, robił wszystko alby go uratować.
Nie mogliśmy doczekać się na kogoś od Josh'a. Zaczęłam się denerwować. Peter, James i Lily już dawno pojechali. Uparłam się, że zaczekamy aż ktoś odbierze Josha.
- Lucy, mama czeka na nas w domu z posiłkiem - powiedział tata.
- To nie ma sensu, nie czekajcie - powiedział Josh. - Dam znać, jak będziemy w domu.
- Lucy - odezwał się Remus. - Zaczekam tu z nimi. Po mnie też nikt jeszcze nie przyjechał.
- Ale ty nie jesteś w takiej sytuacji, jak on! - powiedziałam to trochę głośniej niż chciałam. Remus podszedł do mnie i przytulił. Trochę się rozluźniłam, ale on niezbyt pomoże chłopakom. Ledwo trzymał równowagę, był blady, miał ciemne wory pod oczami.
- Teraz nic im się nie stanie - zauważyła Ali. - Nie zaatakują w pobliżu mugoli. Na razie im się nie przydamy.
W końcu dałam się namówić. Bałam się o przyjaciół. Bałam się, że już nigdy ich nie zobaczę...
Nie jest to jakiś tam genialny rozdział, ale postaram się następnym razem bardziej. Ten był taki na rozgrzewkę, po długiej przerwie. Dziękuję tym, którzy przeczytali do końca :)
Zachęcam do komentowania, to naprawdę motywuje.
Jeszcze raz dziękuję NarCyzi :D
~ Moony
Subskrybuj:
Posty (Atom)